W@rszawa pod ich stopami

Z przyjemnością przedstawiam Wam efekt projektu, jaki realizujemy wspólnie z Damianem z bloga Czarna Skrzynka. Damian pisze opowiadania, w których pokazuje świat widziany męskim, uważnym okiem, niejednokrotnie wzruszając mnie niemal do łez. Jakiś czas temu zaproponowałam mu współpracę. Pomyślałam: a co, jeśli ta sama historia zostanie przedstawiona z dwóch różnych perspektyw? Jeśli pokażemy, jak różnie dwie osoby mogą odbierać tę samą relację? Bardzo się ucieszyłam, gdy Damian zgodził się na ten eksperyment literacki. Współpraca okazała się czystą frajdą, a w jej wyniku dowiedziałam się czegoś nowego o ludzkiej naturze.

Zapraszam Was serdecznie na cykl listów „W@rszawa pod ich stopami”.

Ona – trochę niepoukładana, niepewna siebie, szukająca swojej drogi, niespodziewanie dostała list od byłego chłopaka.

List 1

Dzisiaj znów ją usłyszałem. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Tamtą piosenkę. Caruso.

Naszą piosenkę. Pamiętasz? Chociaż zważywszy na wspomnienia, które przywołała z przeszłości żałuję, że w ogóle wybrałem się na ten cholerny spacer. To było zbyt bolesne. Zbyt raniące. Dręczące. Mimo upływu czasu. Szedłem Nowym Światem, obserwując zachodzące słońce. Było coraz niżej nad dachami kamienic. A potem widziałem już je tylko, kiedy mijałem kolejne ulice. Chmielna. Warecka. Świętokrzyska. Aż znikło całkowicie.

Zupełnie jak wtedy. Kiedy chcieliśmy przejść całą drogę. Od bramy San Sebastiano aż do Frattocchie. Pamiętasz? Cała Via Appia Antica! Dwójka naiwnych turystów, którzy nagle zapragnęli poczuć się co najmniej jak Marek Antoniusz i Kleopatra. Albo przynajmniej jak Vorenus i Niobe. Czyż to właśnie nie dzięki serialowi „Rzym” postanowiliśmy zobaczyć Wieczne Miasto ich oczami?Nasz pierwszy wspólny wyjazd. Zaraz na samym początku. Kiedy byliśmy jeszcze tacy spięci. Ja taki milczący. I taki ważący słowa. Żeby tylko nie powiedzieć nic głupiego! Nic dyskredytującego w Twoich oczach. Natomiast Ty tak rozkosznie uprzejma. Wręcz

nadskakująca. Jak wtedy w samolocie: „Czy podać ci wodę?”, „Czy zamówić nam kawę?”. I jak później oboje śmialiśmy się z siebie. Jakież to było głupie! Chociaż, kiedy teraz patrzę na to z perspektywy czasu uważam, że było to po prostu… urocze. I dobre. Cholernie dobre. Jedna z niewielu dobrych rzeczy, które mi się przytrafiły.A potem, jak w połowie drogi zastał nas wieczór? Wracaliśmy pośpiesznie, a w zapadających ciemnościach z pomiędzy kamieni zaczęły wypełzać bezkształtne cienie. Kamieni, po których z pewnością stąpał Święty Piotr. I jak zaczęłaś tulić się do mnie. Bałaś się. A ja byłem wprost przerażony. O mało nie umarłem ze strachu, kiedy mijaliśmy tamtych typków stojących w całkowitym milczeniu i gapiących się na nas. I kiedy mijaliśmy katakumby. Ale chyba nie dałem tego po sobie poznać. Myślę, że chyba wtedy, jak nigdy więcej dane nam było poczuć klimat starożytnego Rzymu!

Dzisiaj to wszystko wróciło. Z podwójną siłą. Niedaleko kościoła Świętego Krzyża. Brudny i haniebnie obdarty klon Lucio Delli śpiewał na całe gardło tę piosenkę. Nawet podobny do oryginału. Naszą piosenkę! A ja się poddałem. Złamałem daną sobie obietnicę. Dałem ją sobie w dniu, w którym się rozstaliśmy. Że znikniesz z mojego życia. Na zawsze! Że już Cię nie zobaczę. I że już nigdy o Tobie nie pomyślę!

Sam nie wiem, jakim cudem udawało mi się tak długo. Wyprzeć Cię z pamięci. Jedyny skuteczny sposób. Tak mi się przynajmniej wydawało. Żeby o kimś zapomnieć. Całkowite wymazanie z najgłębszych rejestrów mózgu. Pozbycie się nawet najmniejszych śladów. Najdrobniejszych okruchów, które mogą przypominać Ciebie. I to nieustanne pilnowanie się.

Prawdziwa udręka. Żeby nie patrzeć na falujące kłosy zboża, bo ich kolor łudząco przypomina Twoje włosy. Nie wdychać zbyt głęboko zapachu kwiatów, bo gdzieś tam może kryć się aromat Twoich ust. Nie słuchać żadnych piosenek, bo można… zwariować! Zwyczajnie postradać zmysły.

Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Pozwoliłem, aby tamte chwile powróciły. Abyś Ty powróciła.

Ale najbardziej dręczy mnie jedno pytanie. Na pozór proste i na które tak wiele razy odpowiadaliśmy sobie. Chociaż tak naprawdę chyba oszukiwaliśmy się. Nawzajem.

Co się z nami stało?

Jej odpowiedź na Jego list – poniżej:

Trochę mnie zaskoczyłeś tym listem. Odpisuję dopiero teraz, po tygodniu, bo sama nie wiem, co o tym myśleć, co myśleć o Tobie. Ciągle jeszcze nie poukładałam siebie tak, jakbym chciała, ciągle jestem na etapie „strony w budowie”. Twój list sprawił, że wspomnienia ożyły na nowo, że znów przypominam sobie drogę, jaką przeszłam.

Wtedy, w samolocie, cała drżałam o to, co o mnie pomyślisz. Ty zawsze byłeś taki gładki, dystyngowany, poukładany. W myślach nazywałam Ciebie arystokratą. Próbowałam się dostosować do Twojego świata, do Twoich oczekiwań. Sądziłam, że podobają Ci się eleganckie kobiety – nienagannie uczesane, z delikatnym makijażem. Takie akurat, szyte na miarę zdolnego , ambitnego studenta, o którego będą się zabijać pracodawcy. Ja zawsze byłam trochę rozczochrana, trochę nieobecna, ze szminką na zębach.

Tamta wycieczka do Rzymu była dla mnie przepustką do nowego świata – nowej, dojrzałej mnie, z nareszcie dojrzałym mężczyzną u boku. Zmęczona byłam Piotrusiami Panami, w Tobie widziałam ostoję, powagę, gwarancję stabilizacji. Modliłam się, by nie popełnić żadnej gafy. Dzień wcześniej wkuwałam na pamięć przewodnik po Rzymie. Pamiętasz, jak Ci imponowałam znajomością dzieł Michała Anioła i sypałam ciekawostkami na temat Kaplicy Sykstyńskiej? Ech, jak ja się bałam, że przyłapiesz mnie na jakiejś nieścisłości.

Uważasz, że ta nasza uprzejmość, to nadskakiwanie było dobre – cóż, dla mnie to był gorset, który więził nas jako ludzi, czyniąc z nas herosów. Prędzej czy później zacząłby nas uwierać. Ubolewam nad tym. Może gdybyśmy wtedy poznali siebie naprawdę, nie byłoby tych wszystkich nieporozumień, tej góry niedomówień, fontanny pretensji, która wytryskiwała w najmniej spodziewanym momencie. Może nie musiałabym siebie szukać, bo nie zgubiłabym siebie pośród koronek i butów na szpilce, które nosiłam tylko po to, by Ci się podobać. Może Tobie by ulżyło, gdybyś nie musiał zgrywać przede mną bohatera, gotowego walczyć z rzymskimi oprychami? Gdybyś mógł przyznać, że się boisz?

Piję białe wino, mój narzeczony znów odbębnia nadgodziny.  Jestem na balkonie, patrzę w stronę Pałacu Kultury, nad którym zachodzi czerwone słońce. Zaczynam o Tobie myśleć, niestety, głupia ja. Nie wiem, czy to dobrze, że się odezwałeś, że przypomniałeś mi naszą piosenkę i cały wszechświat emocji, który nas łączył.

Chcesz wiedzieć, co się z nami stało… Może spotkaliśmy się za wcześnie? Może tamta mała, dziecinna, nieśmiała ja nie była kobietą, na którą czekałeś?

Kto wie?

 

Milej mi będzie zasypiać samotnie, wiedząc, że ktoś jeszcze o mnie myśli pod tym samym warszawskim niebem.

Po kilku dniach otrzymała kolejny list od Niego. List spowodował w Niej spory emocjonalny zamęt.

List 2

Muszę Ci się do czegoś przyznać. Po Twoim liście postanowiłem, że nie dam żadnej odpowiedzi. Że zamilknę. Że już więcej się nie odezwę. Dam sobie spokój. Na zawsze. Bo nie ma sensu wracać do czegoś, co jest już historią. Było minęło. Nie udało się. Więc po co do tego wracać? Jeszcze raz przechodzić przez coś, co wywołuje tylko ból. Fizyczne cierpienie, które rani do krwi. Do kości.

Dlatego tak długo się nie odzywałem. Musiałem jeszcze raz wszystko sobie poukładać. Odbyć ze sobą szczerą rozmowę. Tak szczerą, jak tylko się da. Bo każda nieszczerość wobec samego siebie jest tylko nędznym oszustwem. I wierz mi – to wcale nie była łatwa rozmowa.

Rzekłbym, że była to najtrudniejsza rozmowa w moim dotychczasowym życiu. Tak naprawdę to Ty ją sprowokowałaś. Tak! Nie ma najmniejszych wątpliwości. Twoja niewinna wzmianka o… narzeczonym. Niestety. I żeby wszystko było jasne – nie mam do Ciebie o to żadnych pretensji! Absolutnie. Masz całkowite prawo poukładać sobie życie, jak tylko Ci się podoba. Bo to Twoje życie. Nikomu nic do tego!

Tu bardziej chodzi o… mnie. Wyłącznie o mnie. Muszę Ci coś wyznać. Po naszym rozstaniu całą swoją złość skierowałem w Twoją stronę. Byłem po prostu zły na Ciebie. Wściekły. Jak człowiek, który obwinia kogoś o wszystkie swoje niepowodzenia. Za zmarnowane życie. Za podeptane marzenia. Za setki niespełnionych złudzeń. Za stracony czas!

O Boże, jak ja wtedy chciałem się zemścić. Na Tobie. Ukarać Cię. Za wszystko. Odegrać się. Odbić sobie z nawiązką wszystkie frustracje, jakie mną miotały. Wstyd mi się przyznać, ale przeklinałem Cię w myślach. Ileż w myślach dialogów przeprowadziłem z Tobą będąc na spacerze. Albo w pracy. Albo w hipermarkecie. Aż ludzie oglądali się za mną i dziwili, co to za czubek, który nieustannie gada do siebie.

Oszczędzę Ci szczegółów, ale chcąc zapełnić pustkę po Tobie, rzuciłem się w wir towarzystwa. Czasem dobrego, czasem niezbyt odpowiedniego. Zwykle podejrzanego. Najczęściej złego. Poznałem wiele kobiet. Zawierałem z nimi znajomości. Z jednymi bliskie, a z innymi całkiem bliskie. Wobec niektórych miałem nawet złudzenia. Jakieś plany. Jakieś mgliste przeczucia, że może tym razem to jest to! Że spotkałem kogoś, kto pozwoli mi zapomnieć o… Tobie. Bo chyba tylko takich kobiet szukałem.

Czy wiesz, jakie jest najgorsze uczucie na świecie? Otóż ja je poznałem. I to niejeden raz. Właściwie było to za każdym razem. To uczucie, kiedy rano budzisz się obok nowo poznanej kobiety i patrząc na nią uświadamiasz sobie, że ona nic dla ciebie nie znaczy. Że kiedy wstanie i pójdzie sobie, ty natychmiast o niej zapomnisz. Nie będziesz chciał jej opowiedzieć, jak się wspaniale czujesz. Jak pięknie słońce rzuca refleksy światła na podłogę w sypialni. Jak wybornie smakuje kawa leche cortado przyrządzona przez Ciebie. Że najpierw idzie warstwa skondensowanego mleka, następnie mocne espresso, a na koniec puszysta śmietanka! Niczym nie będziesz chciał się z nią podzielić. Nigdy.

Pamiętasz tamten sklepik z maskami? To chyba było gdzieś niedaleko Watykanu. Tak bardzo byłaś nimi zachwycona. Zwłaszcza weneckimi. I jak obiecaliśmy sobie, że w następną podróż wybierzemy się właśnie do Wenecji! I jak oboje przymierzaliśmy je. Mówiłaś wtedy, że maski pasują do mnie, bo całkowicie mnie odmieniają. Wręcz zmieniają mój charakter. I podczas gdy Ty się wyśmienicie bawiłaś, ja w tym maskach czułem się… nieswojo. Czułem jakiś lęk. Jakiś mrok. Nie byłem sobą.

Tak samo nie byłem nigdy sobą z tymi kobietami. Zawsze przybierałem jakąś maskę. W zależności od sytuacji. Raz dowcipnego wesołka, niekiedy otrzaskanego w świecie mędrca, a czasem wręcz zwykłego przygłupa. Najczęściej. Żeby tylko zasłużyć na czyjąś uwagę. Wzbudzić zainteresowanie. Coś udowodnić.

I tylko z Tobą nie musiałem tego robić! Niczego nie musiałem. Byłem po prostu… sobą. W stu procentach. Bardziej się już nie dało. Żadnych masek. Żadnych pozorów. Żadnego udawania.

Sam nie wiem, dlaczego znów to zrobiłem. Znów napisałem do Ciebie. Rozdrapałem rany.

Być może dlatego, że znów chciałem to poczuć?

Znów poczuć się… sobą (?)

Odpowiedź od Niej:

Naprawdę, mówiłeś sam do siebie i nie zważałeś na to, co inni o Tobie pomyślą? To zupełnie nie w Twoim stylu. Pamiętasz, jak Ci zarzuciłam brak spontaniczności? Właśnie wtedy, gdy przymierzaliśmy maski weneckie, tak bardzo się zdenerwowałeś, rzuciłeś jedną z nich ze złością, cisnąłeś na ladę straganu. Wzbudziłeś strach sprzedawczyni, a mój gniew. Dla mnie była to po prostu dobra zabawa – Ty się obawiałeś, że przy tak niewinnej igraszce stracisz twarz.

Wydawało mi się, że wszystko traktujesz zbyt poważnie, jakby musiało mieć wielkie znaczenie. Pamiętasz? Miałeś wobec mnie plany, wspominałeś o ślubie… Bałam się tych wielkich słów, które wypowiadałeś patrząc na mnie tak, jakbym była wszystkim.Nie chciałam być wszystkim. To była za duża odpowiedzialność. Piszesz teraz, że przeze mnie traciłeś rozum, że przeze mnie spotykałeś się z kobietami, które dla Ciebie nic nie znaczyły. Że tylko przy mnie możesz być sobą… wprawiasz mnie w zakłopotanie i znów zrzucasz na mnie ciężar, który trudno mi udźwignąć.

Jednocześnie jakaś część mnie za nim tęskni. Tęsknię za Tobą. Za całonocnymi rozmowami -mój narzeczony uważa, że są niedorzecznością, gdy następnego dnia trzeba wstać do pracy. Za wytrwałym poszukiwaniem włoskiego smaku focacci w warszawskich knajpkach, za zapachem Twoich perfum, które na nikim innym nie pachną tak pięknie. Nawet za Twoim umiłowaniem pedantycznego porządku – śmiać mi się chce, gdy koszule narzeczonego składam według Twoich instrukcji.

Śnisz mi się więcej razy, niż wypada, wbrew zdrowemu rozsądkowi i na przekór mojej nowej miłości i moim planom.

Notabene, dziękuję Ci, że łaskawie pozwoliłeś mi na związanie się z moim narzeczonym. Wiesz co, nasza miłość jest taka w sam raz, taka do udźwignięcia, jest przyjaznym
towarzyszeniem i wspieraniem się na co dzień. Nie spalamy się w jej ogniu, delikatny żar pozwala nam spokojnie ogrzewać naszą rzeczywistość. Takiej Ci życzę. Najlepiej będzie, gdy wspólnie zapamiętamy to, co najlepsze w nas było. I pójdziemy dalej.

Po ostatnim liście od Niej zrobiło się trochę nerwowo… On napisał kilka słów, które miały być pożegnaniem. Ona próbowała zapomnieć… jednak On nie wytrzymał. Napisał kolejny list.

List 3

Czy wiesz, co najbardziej ceniłem w naszym związku? Co było najważniejszą rzeczą, która tak naprawdę przesądziła o tym, że pokochałem cię uczuciem tak silnym, że aż uczyniła ze mnie niewolnika?

Zbyt wiele razy Ci o tym przypominałem, żebyś teraz mogła o tym tak łatwo zapomnieć! Szczerość.

Tak! To ona. Nigdy wcześniej niedane mi było spotkać kogoś, z kim mógłbym dzielić się wszystkim. Absolutnie wszystkim! Przed żadnym człowiekiem nie potrafiłem otworzyć się tak szeroko,jak przed Tobą. Nawet przed rodzicami. Nie sądzę na przykład, abym kiedykolwiek zdobył się na odwagę, żeby powiedzieć im, jak bardzo uwierał mnie ten ich małomiasteczkowy styl życia z tym ich przywiązaniem do tego, co powiedzą sąsiedzi; ploteczkami oraz negowaniem wszystkiego, co nowe!

Ale jeszcze bardziej doceniałem to, że zawsze przyjmowałaś moją szczerość z pełnym zrozumieniem i ze swojej strony zdobywałaś się na to samo. Zawsze głęboko w to wierzyłem. Nigdy nie miałem wątpliwości, że mogłoby być inaczej.

Dlatego jest mi teraz niezwykle przykro, że potraktowałaś moje uczucia, o których szczerze opowiedziałem Ci w ostatnim liście tak obcesowo! Jakby moja szczerość była czymś złym, wywołującym u Ciebie irytację, a nawet gniew.

Chyba zaczynam żałować, że w ogóle do Ciebie napisałem…

List 4

Muszę Cię przeprosić za mój ostatni list! Napisałem go pod wpływem zbyt emocjonalnej reakcji na Twoje słowa i teraz żałuję, że go w ogóle wysłałem. Nie miałem prawa oceniać Twoich słów i co gorsza, oskarżać Cię o brak zrozumienia w stosunku do moich odczuć. To było cholernie niesprawiedliwe z mojej strony. Bo, to przecież ja zjawiłem się niespodziewanie w Twoim życiu numer 2 i nie mam najmniejszego prawa oczekiwać, że Twoje zachowanie w stosunku do mnie będzie takie, jak było dawniej.

Przepraszam!

Wiesz, dzisiaj byłem świadkiem niezwykłej sceny i chciałbym Ci o niej opowiedzieć. Ktoś mógłby powiedzieć, że była to normalna sytuacja, jaką każdego dnia można spotkać na naszych ulicach. Ktoś inny mógłby rzec, że była tragiczna i odsłaniała wszystko to, co w ludziach najgorsze. A jeszcze inni nazwaliby ją najbardziej romantyczną sceną, jaką przyszło im zobaczyć. Zabawne, ale w tym na pozór zwykłym zdarzeniu każdy może ujrzeć dokładnie to, co chce widzieć. I, co najbardziej niezwykłe, każdy z nich będzie miał rację!

Kiedy ich zobaczyłem, wyglądali na pierwszych lepszych staruszków. Nic niezwykłego. Ot, dwójka dziadków na spacerze w Ogrodzie Saskim. Ona na wózku inwalidzkim. Zasuszona i pomarszczona jak nałęczowska śliwka. On zaś typowy dziadziuś. Siwe włosy, kapelusik i sarmackie wąsiska. Nie wiem, ile mógł mieć lat, ale jeszcze z werwą pchał wózek po żwirowanych alejkach.

Gdy przechodziłem obok nich, usłyszałem jak mówi do niej: „A dałabyś sobie już spokój! Całe życie się mnie czepiasz i czepiasz. Nigdy nic ci się nie podoba!”. Nie był przy tym zły. Albo zdenerwowany. Albo zgryźliwy jak to często przydarza się takim staruszkom. Był po prostu neutralny. Jakby stwierdzał oczywistą rzecz. Jak wtedy, kiedy ktoś mówi, że jeśli na horyzoncie zbierają się czarne chmury, to z pewnością wkrótce spadnie deszcz.

Więcej nie słyszałem. Zostawiłem ich w tyle pochłonięty własnymi sprawami. Ale jego słowa dźwięczały mi w uszach nieustannie. Przyczepiły się do mnie niczym natrętna mucha. Nie mogę się od nich uwolnić. Bo wywołały we mnie jakiś niepokój. Poruszyły mnie. I, co chyba najważniejsze – zmusiły do myślenia. O Tobie. I o mnie. O nas.

Czy to, czego byłem świadkiem, było uosobieniem tego słowo na „M”? Słowa, o którym ludzie tak często mówią, ale chyba mało kto rozumie, co ono tak naprawdę znaczy? Najpopularniejsze słowo, jakie można usłyszeć w dialogach filmowych i chyba w każdej piosence na świecie. Cholernie nadużywane w dzisiejszych czasach.

Tak, chodzi mi dokładnie o to słowo!

Nie wiem, czego dotyczyła ich rozmowa. Czy rozmawiali o czymś niezwykle ważnym, wręcz dla nich najistotniejszym? Sprawa życia i śmierci. W końcu w ich wieku chyba coraz częściej rozmawia się o rzeczach ostatecznych (?). A być może było to coś zupełnie nieistotnego. Z punktu widzenia człowieka.

Jak rozmowa o tym, kiedy w tym roku wypadają święta. Albo, co lepiej kupić na kolację? Pasztet czy polędwicę sopocką? Już nigdy się tego nie dowiem. Prawdę mówiąc, nawet nie bardzo chce mi się tego dociekać.

Natomiast bardzo dręczy mnie zupełnie inne pytanie. Jakaż to siła sprawia, że nadal są razem? Pomimo upływu lat. Bardzo wielu lat. Z kontekstu rozmowy wynika, że są z sobą od samego początku. Czyli od jakichś sześćdziesięciu kilku lat. Ludzie wtedy tak wcześnie się żenili. I pomimo tego, że ona się go cały czas czepia. O wszystko. Że pewnie nie tak wyobrażała sobie życie. Że chciała czegoś więcej. Od życia. I od niego. Bo raczej nie od siebie. Że nie został dyrektorem tej fabryki, w której tak ciężko harował. Albo szkoły, której poświęcił całe życie. Tak, jak inni mężowie. Ciągle awansowali, zapisywali się do Partii, kombinowali. Dostawali talony na duże fiaty; budowali domy z materiałów, które miały iść na szpital albo przedszkole; pili wódkę z naczelnikiem w gminie, albo przemycali złoto w kostkach masła ze Związku Radzieckiego. Słowem – radzili sobie jakoś. Bo przecież inni też tak robili.

I mimo tego wszystkiego, tych wiecznych pretensji, czasami ocierającymi się o pogardę, nie zostawiła go. Przetrwali to. Jak żeglarze podczas sztormu, który połamał ster w ich jachcie i podarł wszystkie żagle. Ale przeżyli. Nic nie mają. Jednak są razem. Aż do następnego sztormu.

A on? Przecież musiał czasami mieć wszystkiego dosyć. Całkowicie. Pewnie wiele razy chciał to rzucić. W cholerę! Zwłaszcza ją. Za to jej wieczne czepianie się. Przypieprzanie. Marudzenie. Zmierzłowatość. Jojczenie. Poniżające mężczyznę wieczne porównywanie do innych mężów, ojców i kochanków. A przecież mógł związać się z inną! Zaraz… zaraz… jak jej było na imię? Basia? A może Kasia. Dawne dzieje. Właściwie to już prehistoria. Pewnie już dawno nie żyje. Pracowali biurko w biurko. Często jeździli razem w delegacje. Na kontrole. Spali po wszawych hotelach. Ale nigdy nie nudzili się ze sobą. Byli przecież stworzeni dla siebie. Te same poglądy, te same marzenia, te same plany. O nic się nie czepiała. Ale coś nie wyszło. Może gdyby spotkał ją przed ślubem? Swoim ślubem. Z tą, która się go wiecznie czepia. Któż to teraz może wiedzieć?

Wiesz, że patrząc na nich przez moment – chwilę krótszą niż trwa mrugnięcie powieki – zobaczyłem nas. Zabawne, prawda? I nagle zadałem sobie pytanie. A właściwie dwa pytania.

W jaki sposób oni przetrwali razem tak długo?

A dlaczego nam się to nie udało?

I w końcu, jak właściwie nazwać to, co nas łączyło?

Czy to właśnie było to słowo?

Słowo na „M”?

On coraz głębiej wdziera się w przestrzeń jej umysłu i duszy:

Sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Dziś mierzyłam suknię ślubną, ostatni raz przed „najszczęśliwszym dniem mojego życia”. Za trzy miesiące o tej porze będę nosiła jego nazwisko. A ja, na widok panny młodej w lustrze miałam ochotę płakać. Wcale nie ze szczęścia.

Tak bardzo się cieszę, że do mnie napisałeś. Tak bardzo się bałam, że Twój poprzedni list będzie ostatnim. Nie wiem, o co chodzi, myślę ciągle o Tobie. Porównuję mojego narzeczonego z Tobą przy każdej okazji. Ty jesteś intelektualistą, z którym można rozmawiać równie swobodnie o czarnej dziurze, jak i o roślinach modyfikowanych genetycznie. Dla niego liczy się wysokość kredytu hipotecznego i ciepłe skarpety, gdy temperatura spadnie poniżej zera.

Pytasz, czy Cię kochałam… czy czułam do Ciebie to wielkie, romantyczne na literę M. To było coś więcej niż miłość, to było szaleństwo. Jednym swoim słowem mogłeś mnie zabrać do nieba lub strącić do piekła rozpaczy. Znaczyłeś dla mnie zbyt wiele, a to mnie przerażało.

Mówisz, że ci staruszkowie razem od sześćdziesięciu lat – może dlatego właśnie, że uczucie swoje podgrzewają na maleńkim płomieniu, takim, co tli się spokojnie, a nigdy nie gaśnie?

Ja Cię kochałam i nienawidziłam. Po równo. Nie wiedziałam czasem, gdzie podziać oczy, gdy śmiałeś się z mojej niewiedzy. Wprawiałeś mnie w kompleksy, choć pewnie nieświadomie. Myślałam, że to jakaś pomyłka, że nie możesz mnie kochać aż tak. Że prędzej czy później mnie porzucisz, może nawet tuż przed ślubem. Pamiętasz, gdy mi się oświadczyłeś, w pierwszej chwili się ucieszyłam. Lecz zaraz potem oczami wyobraźni zobaczyłam nas w momencie zawierania związku – wyobraziłam sobie, że przepraszasz mnie, lecz to był tylko żart.

Bo to nie mogła być prawda. Takie miłości się nie zdarzają. Byliśmy tak różni, tak bardzo odlegli. Ty – wykształcony, z dobrego domu, z zasadami wypisanymi na czole. Pracowity i poukładany, ze ściśle wytyczoną ścieżką kariery. Ja – z mieściny, o której Pan Bóg i diabeł zapomnieli, jakimś cudem prześlizgiwałam się na studiach z roku na rok, do bólu przeciętna, rozchwiana, roztrzepana.

Nasze spotkanie było zupełnie nieprawdopodobne, lecz to, że dostrzegłeś we mnie coś godnego zainteresowania – jeszcze bardziej. A Twoja chęć związania się ze mną na stałe pachniała zupełnym absurdem.

Zastanawiam się, czy możliwe by było nasze małżeństwo, takie wieloletnie. Wciąż uważam, że nie. Że prędzej czy później bym Ci się znudziła. A tego się bałam najbardziej. Że urodzę Ci dzieci, zakopię się w pieluchach, zbrzydnę, przytyję. I wtedy odkryjesz nareszcie prawdę. Że mnie nie kochasz, nigdy nie kochałeś, że w gruncie rzeczy nie wiesz, co kiedyś we mnie zobaczyłeś.

Nie, ci staruszkowie z Ogrodu Saskiego to nie my za kilkadziesiąt lat. Zbyt wiele nas dzieliło. Mnie jednak bliżej do kredytu hipotecznego niż do gwiazd.

Choć nawet nie wiesz, jak mi z tego powodu przykro.

Płacząc w poduszkę, żałuję, że nie jest nam pisany wspólny los.

 

List 5

Teraz kiedy patrzę wstecz na nasz związek, zaczynam zadawać sobie pytanie, w jaki sposób udało nam się być razem tak długo, skoro tak bardzo raniliśmy się nawzajem? Dwa lata zadawania sobie bólu. Wydaje się, że to niezbyt długo, a jednak jakby cała wieczność. Każdego dnia próbuję sobie na nie odpowiedzieć, ale za każdym razem nie znajduję wystarczająco dobrej odpowiedzi.

Jaki popełniliśmy błąd? Kiedy? I gdzie? A może jest to jedno z tych pytań, na które nie ma odpowiedzi? Jak odwieczna zagadka
człowieka, dlaczego rodzimy się właśnie tu i teraz? Albo, co jest po tej drugiej stronie? Po drugiej stronie życia.Być może jako ludzie nie jesteśmy w stanie w ogóle tego pojąć, bo jesteśmy istotami aż do bólu trójwymiarowymi. Natomiast uczucia takie jak miłość należą już do innego wymiaru? I kiedy zakochujemy się w kimś, to na chwilę ocieramy się o ten inny wymiar, ale nigdy nie dane nam jest w nim pozostać na zawsze? Może jesteśmy jak te głębinowe ryby, które nawet nie domyślają się, że tam na
górze świeci słońce, kwitną kwiaty i po deszczu pojawia się tęcza na błękitnym niebie?

A może jednak to wszystko jest bardzo proste i dlatego tylko ludzie, którzy mocno stąpają po ziemi potrafią stworzyć mocne i trwałe związki? Zawsze zazdrościłem tym, którzy potrafią brać życie takim, jakie ono jest i czerpać z niego codzienną radość. Dla mnie wszystkie przedmioty otaczające człowieka są tylko dekoracjami zapełniającymi przestrzeń i nie przedstawiają żadnej wartości. Nie dają szczęścia, nie dostarczają emocji – słowem nie mają żadnej wartości. Po prostu są.

Ja natomiast czerpię to wszystko z nieustannego poszukiwania. Odkrywania nowych rzeczy. Zadawania pytań. Ciągle nowych. Coraz bardziej szczegółowych. Dociekliwych. I nigdy nie zadowalam się odpowiedzią. To jest siła, która mnie napędza, ale jednocześnie jest moim przekleństwem. Nigdy nie mam dosyć. Nic nie jest dla mnie wystarczająco dobre. Skończone.

Ciągle wierzę, że gdzieś dalej jest jakiś inny świat. Lepszy. Atrakcyjniejszy. Że jest takie miejsce, do którego należę. Gdzie będę szczęśliwy. Miejsce, gdzie w końcu odzyskam spokój. Moje miejsce. Czy wiesz, jaki popełniliśmy nasz największy błąd? Nie mam tutaj na myśli naszego związku, bo do końca życia będę uważał, że to najlepsza rzecz, jaka mnie w nim spotkała. Coś, o czym jestem przekonany, że już nigdy więcej się nie powtórzy. Mimo naszych nieudolnych wysiłków…Czy potrafisz go wskazać? Dla mnie jako mężczyzny jest on oczywisty, ale śmiem twierdzić, że żadna kobieta nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia! Mimo że tak naprawdę wiele osób go pragnie,
popełniając przy tym fatalną pomyłkę.

Teraz już wiem, że nie ma czegoś takiego, jak przyjaźń między kobietą a mężczyzną! Nie istnieje. Nie ma prawa być. Jej istnienie jest sprzeczne nie tylko z naturą, ale również z prawami logiki.  Wykluczają się nawzajem. Jest ukrytą pułapką, która pod pozorem atrakcyjności takiej relacji, niszczy
resztki namiętności i pozbawia mężczyznę poczucia męskości.

Nasza decyzja, żebyśmy po tym wszystkim, co nas łączyło zostali przyjaciółmi było totalnym nieporozumieniem. Rozpaczliwą próbą ratowania tego, czego już chyba nie udało się uratować! Żałosnym oszukiwaniem się. Co myśmy chcieli przez to osiągnąć? Jaki był nasz cel? Żeby udawać przed sobą, że jednak coś nas łączy? Że coś między nami się jeszcze tli? Co niby takiego?
Dla mężczyzny nie ma gorszego uczucia, jak to, kiedy kobieta przestaje widzieć w nim mężczyznę. Jej mężczyznę. Kiedy już nie ma między nimi namiętności, będącą siłą napędową ich związku. Tego żaru, gdy już sama myśl o niej powoduje w nim przyspieszone bicie serca. Tej siły zmuszającej go do porzucenia kumpli w środku najlepszej zabawy, meczu czy najważniejszego spotkania w jego całej karierze zawodowej i spotkania się z nią. Zaraz. Teraz. Choćby w środku nocy. W innym
mieście. Tysiące kilometrów stąd.

Nigdy Ci się nie przyznałem, ale niezwykle męczyły mnie te nasze „przyjacielskie” spotkania. Ty już nie widziałaś we mnie faceta. Mężczyzny. Widziałaś za to swoją przyjaciółkę. Powierniczkę babskich problemów. Koleżankę, przed którą można się wygadać. Wypłakać. Wyflaczyć. A ja siedziałem obok Ciebie i udawałem Twojego najlepszego przyjaciela. Nigdy wcześniej tak podle się nie czułem. Własna dwulicowość przyprawiała mnie wtedy o mdłości.

p.s. Właśnie skończyłem pisać ten list. Nie mam pojęcia, dlaczego go napisałem. Dochodzi piąta rano. Wielkie, pomarańczowe słońce wstaje właśnie ponad blokami Ursynowa. Niezauważalnie, lecz z uporem wznosi się ponad kominami i plątaniną anten telewizyjnych na dachach. Nie spałem całą noc, ale nie jestem śpiący. Piję kawę. Jest gorąca. I słodka. Z mlekiem. Prawdziwy ulepek. Piję ją krótkim łykami z kubka.

Twojego kubka.

 

Nareszcie się przyznałeś! A tyle czasu szukałam tego kubka, który przypominał mi najbardziej radosne momenty naszego związku. Różowy, ze złotą koroną, tak bardzo nie pasujący do mojego intelektualnego stylu – do moich długich plisowanych spódnic i obcisłych czarnych golfów, do moich krótko obciętych paznokci. Śmialiśmy się z kiczowatej korony i napisu „Queen of life” – ty podziwiałeś moją spontaniczność, ja gotowa byłam pójść na koniec świata, by udowodnić ci, że glob jest  w swej istocie przeogromnym placem zabaw. Zawsze, gdy dzieliłeś włos na czworo, gdy kwestionowałeś nasze wspólne szczęście, mówiąc, że przeminie, jak wszystko – ja brałam plecak, o piątej rano budziłam cię, byśmy wybrali się gdzieś, gdzie zachwyt odbierze ci mowę.

Zazdrościsz tym, których życie nie jest wielkim znakiem zapytania. Wiesz, że ja też? Nie wiem, czy nauczyłam się tego od ciebie, czy było to we mnie zawsze, lecz moją największą wadą jest pytanie samej siebie, czy to, co widzę, nie jest złudzeniem.

Wiesz, może masz rację, że można te nasze teorie wyrzucić do kosza. Słowa, które ranią, pozostawić niewypowiedziane. Nie zastanawiać się nad każdą czynnością, czy jest wyrazem miłości, czy też braku zaangażowania. Iść za rękę, dać się oblać miejskiemu hydrantowi, śmiać się, bez obawy o sukienkę z jedwabiu i skórzane szpilki. Cieszyć się chwilą, doceniać, że została nam dana. I zaufać miłości, która, gdy się jej nie przeszkadza, rozkwitnie.

A my tak bardzo jej przeszkadzaliśmy. Wybacz. Sceny zazdrości, szukanie zapachu obcych damskich perfum na twoim kołnierzyku, wypatrywanie długich blond włosów na garniturze. Przeglądanie komórki, odkładanie jej, gdy wychodziłeś z łazienki, z bijącym sercem i potwornymi wyrzutami sumienia. Zarzucanie, że „mnie już nie kochasz”, gdy uścisnąłeś koleżankę, gratulując jej narodzin córki. Przeświadczenie, że nigdy na ciebie nie zasłużę, mimo twoich zapewnień, że jestem dla ciebie najważniejsza.

Ty z kolei, w swojej prostolinijności, nie potrafiłeś i nie chciałeś wciąż udowadniać, jak bardzo mnie kochasz. Wybuchałeś, podczas gdy ja coraz głębiej chowałam się w skorupę, w której ciemnym wnętrzu czułam się coraz bardziej bezwartościowa. Niewiele mogło mi wtedy pomóc, nawet nasze eskapady, które organizowałeś, zastępując mnie w roli organizatorki kolejnej podróży w nieznane.

Nic nie jest w stanie uleczyć serca, które nie wierzy w to, że ktoś jest w stanie pokochać bezwarunkowo. Nic go nie ukoi – dopóki nie zrozumie, że w istocie miłość jest wtedy, gdy nie kochasz ani po coś, ani pomimo czegoś – gdy jest towarzyszeniem w podróży przez życie, jego góry, doliny, ciemne lasy.

Przykro mi, że nie daliśmy żyć naszej miłości, że ją zabiliśmy. Przyznaję, że mój kuriozalny pomysł, na który pewnie wpadłam pod wpływem kretyńskich filmowych klisz: „zostańmy przyjaciółmi” był gwoździem do trumny naszego uczucia. Przyznaję, że gdy tobie się żaliłam i naciągałam na kolejne Tequila Grande w Mexican Barze, tym przy Barbakanie, w skrytości ducha porównywałam cię perfidnie z moim obecnym narzeczonym, zawsze na twoją niekorzyść.

Przykro mi teraz szczególnie. Znów jawisz mi się jako człowiek z krwi i kości, ktoś bardziej obecny w moim życiu niż wtedy, gdy czerwona mgła utkana z wściekłości, żalu, poczucia krzywdy, przesłaniała mi oczy i odbierała zdrowy rozsądek.

Za oknem świt, a za mną kolejna nieprzespana noc. Nie wiem, dlaczego to sobie znów robimy. Myślę jednak, że obojgu nam jest to potrzebne z jakiegoś, jeszcze nieznanego mi powodu. Może nasza miłość potrzebuje godnego pogrzebu?

W następnym liście On proponuje jej spotkanie… zajrzyjcie na Czarną Skrzynkę, by sprawdzić, jakie miejsce wybrał.

Ona odpisuje:

List 6

Nie wiem już, co się ze mną dzieje… pod wpływem Twoich listów zmieniam się. Mam wrażenie, że wszystko, w co do tej pory wierzyłam, ta cała pewność, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni – bo przecież zadajemy sobie ból – to wszystko nagle odeszło w niepamięć.

Patrzę na mojego narzeczonego – nie czuję do niego tego, co czułam do Ciebie. To pewne. Tak, przyjaźnimy się, tak, jestem przy nim bezpieczna, tak, widzę w jego oczach miłość.

Lecz na wspomnienie naszych spacerów Senatorską, Miodową, naszych małych radości, naszych wzruszeń i namiętności, szaleństw pod Fontannami, rozmów do północy w Ogrodzie Saskim – obcowanie z nim wydaje mi się miałkie, nijakie.

Nie wiem, po co Ci to piszę – czuję, jakbym nie ja sobą sterowała, tylko jakaś emocja, jakaś tęsknota uparcie pchała się na pierwszy plan. To ona każe mi się zrywać na dźwięk powiadomienia, że czeka na mnie w skrzynce nowy list. To ona nie pozwala mi się skupić na pracy, przerywa mi w pół słowa miłosne wyznanie, gdy, zwyczajowo, mam je wypowiedzieć. „Ja też cię kocham” nie chce mi już przejść przez gardło, gdy przyszły mąż zapewnia mnie o miłości. Tak nie powinno być, coś się wydarzyło, co sprawia, że nie mogę spać, ani jeść, ani myśleć spokojnie o tym, że za chwilę zostanę żoną – nie Twoją.

Czuję się jak ważka, złapana w kroplę żywicy. Nie potrafię wykonać żadnego kroku, choć wokół mnie złote przestrzenie, świetlana przyszłość. Mama znów do mnie dzwoniła, gratulując wspaniałego małżonka. Dasz wiarę? On jej śle kwiaty na imieniny. Wymarzona partia.

A mi się chce płakać. Wiem, że gdybyś się nie odezwał, wszystko byłoby o wiele prostsze. Trochę mi pokomplikowałeś, wiesz? Nawet nie o to chodzi, że tęsknię – choć również. Nie chodzi o to, bym chciała być znów z Tobą – za dużo już mogło upłynąć wody w Wiśle, za wiele bólu sobie zadaliśmy. Rzecz w tym, że teraz nie jestem pewna, czym jest miłość, po prostu. Czy kiedykolwiek kochałam Krzyśka, czy też pragnęłam stabilizacji? Czy był on ucieczką od tego, czym Ty mnie obezwładniłeś? Może wyjściem awaryjnym, schronieniem się przed uczuciem, które zbyt mnie haratało?

Może te pytania powinny zostać bez odpowiedzi… Może powinnam usunąć nasze listy, zapomnieć o nas, dać wreszcie spocząć przeszłości tam gdzie jej miejsce, zakopać wspomnienia w najgłębszych zakamarkach umysłu, skąd ich nie wydobędę nawet podczas najczarniejszej z nocy.

Może sama będę żałować mojej decyzji – trudno. Nie jestem w stanie panować nad tym, czego pragnę najmocniej. Będę na miejscu.

Do jutra.

Ciąg dalszy nastąpi… jeśli nie chcecie przegapić kolejnych odcinków, zaglądajcie na nasze fp: Pełnia i Czarna Skrzynka

60 thoughts on “W@rszawa pod ich stopami

  1. Świetna inicjatywa!! uwielbiam to co pisze Czarna Skrzynka. 🙂 Ciebie nie znałam, więc teraz mam okazję poznać. Tylko mam wrażenie, że to odsyłanie z bloga na blog trochę przeszkadza. Może jakiś inny pomysł na publikowanie tych treści?

    1. Moniko, Myślimy intensywnie nad innym sposobem, bo im dłuższa ta historia, tym będzie większy problem 😊. Jeśli ktoś z Czytelników ma jakiś pomysł, chętnie przygarnę 😊.

  2. Witaj Gosiu, jestem pod wielkim wrażeniem pomysłu, to prawdziwy blog od serca. Cieszę się, że zgłosiłaś go do konkursu. Jestem pewien, że osiągnie on szczyty.
    Ten turkus nadaje mu charakteru silnej zdecydowanej, jednak o wielkim sercu, kobiety a wyszukana delikatność słów to potwierdza.
    Interesująca współpraca daje nadzieję na dalsze ciekawe wpisy.
    Nie powinienem tego pisać, ale nie mogłem się powstrzymać. Trzymaj tak dalej.

  3. To był dobry pomysł 🙂 Ten wspólny projekt znaczy.
    Damian jest dobry w pisaniu. Ty jesteś świetna.
    Razem zdobędziecie świat 🙂

  4. Naszła mnie pewna refleksja. Szkoda, że ludzie nie piszą do siebie listów. Mój były też pewnego dnia odezwał się zupełnie niespodziewanie i nasza historia wyglądała podobnie jak ta, którą Wy stworzyliście.

    1. Ojej, naprawdę? To intrygujące, co piszesz. I budujące 😊. Lubię trzymać się w twórczości blisko prawdy psychologicznej. Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *