Moja Hyggelandia

Naprawdę się staram utrzymać jako taką równowagę między tym, co muszę a czego pragnę, uwierzcie na słowo. Mam dla siebie dużo wyrozumiałości, cierpliwości, czułości. To ogromny postęp w porównaniu z sytuacją sprzed paru laty, gdy z przemęczenia wylądowałam ze skierowaniem do szpitala, gdy paskudny wirus postanowił zwiedzić mój organizm i co nieco w nim nabroić.

Staram się, lecz prędzej czy później zamieniam się w pędzącego chomika w kołowrotku wydarzeń, obowiązków powinności. Tak jest u mnie, u Ciebie, u niemal każdej kobiety z mojego otoczenia. Bo jeśli nie praca, dom, mąż, to praca, praca i pasja, jeśli nie tak, to rodzice wymagający opieki, to choroby, to niepełnosprawność, to szereg innych konfiguracji. Kobietom w Polsce nie jest łatwo i aż mi dziwnie z tym, że to truizm, oczywista oczywistość, jak mawia nielubiany klasyk. Dajemy z siebie wszystko i mamy wątpliwości, czy to rzeczywiście wystarcza, budzimy się o drugiej w nocy z lękiem, czy czegoś na pewno nie pominęliśmy zeszłego dnia z kilometrowej listy zadań do wykonania.

Organizm znów pogroził mi palcem, całe szczęście, że tuż przed kolejnymi wagarami od życia. O naszej idei wycieczek to tu, to tam, zwanych z angielska „city break” już Wam kiedyś wspominałam. Jeszcze niedawno nieco wstydziliśmy się tego procederu, bo jak to tak, porzucić dzieci na weekend, o zgrozo, czasem nieco dłużej? Tak się nie godzi rodzicom Polakom. Lecz teraz wyzbyliśmy się wszelkich wyrzutów sumienia, tak jak większości dylematów „co ludzie powiedzą”. Oboje z mężem dojrzewamy do tego, by żyć po swojemu i pozwolić tak żyć innym. To bardzo uwalniające.

Oboje również lubimy odkrywać inne kultury, podpatrywać nieznane nam obyczaje i układać z tego, co nas ujmuje, własną mozaikę dobrego, wartościowego życia. Tym razem nasze poszukiwania przywiodły nas do Danii, a konkretnie jej nadmorskiej stolicy. Na kanwie wszelkich poradników o kulturze hygge i jej przejawach, trafiliśmy do zimowej Kopenhagi, gdzie rzeczywiście w oknach odbija się światło świec, a ulice toną w powodzi rowerów.

Kopenhaga przywitała nas czystym powietrzem. Na co dzień żyjemy w Warszawie, która bardziej jest „Smogue” niż „Vogue”, przykryta gęstą chmurą żrącego, wgryzającego się w płuca pyłu. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo to odczuwamy, póki nie odetchnęliśmy pełną piersią. Cudowne uczucie, do tego stopnia, że po powrocie do domu natychmiast zaopatrzyliśmy się w oczyszczacz powietrza, zresztą głównie z myślą o dzieciach. Różnica w jakości powietrza jest odczuwalna już teraz, po kilku dniach. Czeka nas jeszcze zakup maseczek – uwierzcie, smog to nie czarna wołga, ani inna miejska legenda. Przekonaliśmy się o tym odwiedzając półmilionowe miasto, które całkowicie pozbyło się tego problemu. Swobodne oddychanie samo w sobie jest relaksem i sposobem na odpoczynek od dużego miasta, co „spaliną oddycha”.

W Kopenhadze uderzyła nas również cisza, zadzwoniła nam w uszach od momentu, gdy wynurzyliśmy się z metra na stacji Norreport. Logiczne. Niemal całkowity brak samochodów spalinowych, elektryczna komunikacja miejska, bezgłośne, nieliczne prywatne pojazdy elektryczne przekładają się na ilości decybeli w mieście. Cisza jest ogromną wartością, o czym piszę tutaj, lecz nie do końca doceniam ją na co dzień.  Od wielu lat natężenie hałasu w moim otoczeniu jest wysokie. W pracy w korporacji, w domu, przy dzieciach, które z przedszkola wyniosły zwyczaj krzyczenia zamiast mówienia (muszą się przebić jakoś przez tłum innych rozkrzyczanych kilkulatków), nawet obecnie, w mniejszej firmie, gdzie każdy ma dużo do powiedzenia. Na ogół moja ekstrawertyczna natura dobrze to znosi, lecz wtedy, gdy chcę odpocząć, bardzo sobie cenię spokój i ciszę. Przyznam jednak, że odnalezienie ciszy w tak dużym mieście było dla mnie niespodzianką.

Zaskoczyła mnie również niebywała troska o to, by jak najmniej zanieczyszczać środowisko naturalne. Oczywiście, wiedziałam o ograniczeniach dla pojazdów spalinowych, o segregacji śmieci, o czystości wody w kopenhaskich kanałach, korzystaniu z energii odnawialnej.  To wszystko to klasyczne przejawy skandynawskiego podejścia do ochrony środowiska. Lecz nie miałam pojęcia o tym, że obecnie przedmiotem troski Duńczyków jest zanieczyszczanie Ziemi sztucznym światłem. Stanowi to olbrzymi kontrast w stosunku do naszych zmagań ze smogiem – opalaniem domów plastikowymi śmieciami, beztroskiego podejścia do segregacji śmieci, a raczej jej braku, wyrzucaniem lodówek do lasu czy dotowaniem przemysłu kopalnianego. Marzy mi się, by za kilkadziesiąt lat wprowadzono w Polsce podobne rozwiązania – by choć moim dzieciom czyściej było i milej w kraju nad (obecnie brudną) Wisłą.

Tak więc w czystym, zadbanym mieście spędziliśmy nasz weekend hygge, ładując akumulatorki i pławiąc się w estetyce, która bardzo nam odpowiadała. Nie sądziłam, że mogę tak dobrze się czuć w północnej, z założenia chłodnej kulturze. Lubię mówić o sobie, że mam hiszpański temperament, nie znoszący nudy, przystrzyżonych trawników, do bólu uporządkowanego otoczenia. Tymczasem Kopenhaga zachwyciła mnie dbałością o szczegóły, wystawami sklepowymi, stanowiącymi małe dzieła sztuki, monumentalnymi, wielowiekowymi budynkami, na których próżno szukać jakichkolwiek oznak zniszczenia.

To miasto przypomina stary, wielopokoleniowy dom, którego każde pokolenie dogląda, dokładając od siebie dodatkowe dekoracje – i szanując przeszłość swojej rodziny. Kolejne warstwy miasta, które szczęśliwie uniknęło takich zniszczeń jakie stały się udziałem naszej Warszawy przenikają się, uzupełniają, stanowiąc fascynującą, eklektyczną całość. Możemy tego samego dnia podziwiać supernowoczesny budynek opery i najstarszą, pochodzącą z XVI wieku ulicę Magstraede.


Prosto z zamku duńskich królów Rosenborg możemy wybrać się na spacer po zakupowych uliczkach wypełnionych butikami najsłynniejszych projektantów mody, po drodze podziwiając najnowszy model tesli.

Głowiliśmy się początkowo, co możemy ciekawego robić w Kopenhadze, skoro nasz ulubiony sposób spędzania czasu zagranicą – biesiadowanie i smakowanie lokalnych potraw oraz trunków – z przyczyn ekonomicznych musiał ulec pewnemu ograniczeniu. Kopenhaga jest obłędnie droga.

Dania jest drugim, po Luksemburgu, najbogatszym krajem Unii Europejskiej, w związku z tym ceny dostosowane są do jej mieszkańców, niestety nie do turystów. Najbardziej to widać w restauracjach, w których standardowy posiłek dla jednej osoby oznacza wydatek rzędu przynajmniej dwustu złotych.

Myśleliśmy, że damy radę posiłkować się słynnym kopenhaskim street foodem, jednak duńskie parówki w bułce nie mogą się równać naszym berlinkom. Zawartość papieru toaletowego czy czego tam dokładają do tego prawdziwie śmieciowego jedzenia jest z pewnością większa niż w naszych wyrobach wędlinopodobnych. Parówka włożona w bułkę kosztuje piętnaście złotych i wystarcza na trzy moje kęsy a dwa kęsy małżonka. W końcu poddaliśmy się i skorzystaliśmy z Netto, które szczęśliwie mieściło się tuż obok naszego hotelu. Dziękowaliśmy swojej zapobiegliwości za to, że zarezerwowaliśmy hotel ze śniadaniem – mieliśmy z głowy problem z moim wściekłym porannym głodem.

Mimo braku zwyczajowych uczt, do których przywykliśmy zwiedzając południe Europy, nie nudziliśmy się nawet przez chwilę. Kopenhaga zimą oferuje wiele atrakcji, żyje całkiem intensywnie. Ludzie wychodzą na ulice, oddychają morskim powietrzem, hartują się – i dbają o ciepły ubiór. Grunt to mieć ciepłe buty, to podstawa zimowej stylizacji Duńczyków. W weekendy knajpki są oblegane, co ciekawe, Duńczycy nie wzbraniają się przed piciem czegoś mocniejszego, ewentualnie gorącego, na zewnątrz. Krew Wikingów daje widać o sobie znać, skoro niestraszne im temperatury poniżej zera. Ruch na pewno też ma wpływ na odczuwanie ciepła, bo jednak rower jako dominująca forma lokomocji oznacza tracenie kalorii i wytwarzanie ciepła, przy zerowych nakładach na paliwo. Jak dla mnie – ideał.

Przemykaliśmy kopenhaskimi ulicami spacerując intensywnie, stawiając słusznej długości kroki, bo ze mnie zawsze jest zmarzluch. Oczywiście, nie pomyślałam o wzięciu czapki ze sobą, bo przecież fryzura, zatem pół dnia marudziłam, żeby jakąś kupić. Po wielu próbach w końcu się poddałam i postanowiłam być dzielna i jeszcze bardziej dziarsko maszerować u boku mojego bezlitosnego trenera w osobie męża.

Architektura Kopenhagi jest zachwycająca sama w sobie, do tego jeszcze otoczona ogromną ilością zieleni i podkreślona panującą wszędzie czystością i schludnością – prawdziwa perełka. Przyjemnie się nam spacerowało w ciszy, bez obawy, że za chwilę jakieś auto wynurzy się zza rogu z prędkością światła, usiłując stratować zagubionych, niekiedy, turystów. Podziwialiśmy zmysł architektoniczny słynących z dobrego designu twórców monumentalnych budowli, takich jak budynek opery czy nowoczesne osiedla mieszkaniowe nad brzegiem kanału. Pięknie wpisują się w wielowiekowe budynki, stanowiąc estetyczną i wysmakowaną całość. Wystawy sklepowe to dzieła sztuki same w sobie, każda przygotowana starannie i z ogromnym wyczuciem.

Gdy dodamy jeszcze do tego jedną z moich ulubionych atrakcji, czyli zimowe iluminacje, z których słynie jeden z najstarszych parków rozrywki, Tivoli, wizytę w palmiarni i w położonym tuż obok muzeum sztuki, wychodzi całkiem wypełniony wrażeniami estetycznymi weekend.

A że tym razem wybraliśmy jedzenie z dyskontowego Netto zamiast nadmorskiej knajpki? Cóż, nie można mieć wszystkiego ;). Wracaliśmy syci od wrażeń – i o to chodziło.

Po więcej zdjęć zapraszam na moje konto Instagramowe, a po więcej tekstu – na fanpejdż mojego życia w Pełni :).

 

20 thoughts on “Moja Hyggelandia

  1. Kopenhaga, moje – jeszcze niespełnione – marzenie podróżnicze odnośnie skandynawskich miast ;-)) za dużo chyba jednak poświęcam czasu na „dzicz”

    1. Haha, ciekawa jestem co masz na myśli pisząc „dzicz” 🙂. Skandynawia jest zdecydowanie cywilizowanym miejscem na Ziemi, więc jako odskocznię serdecznie polecam.

  2. Wiele lat temu zwiedzałam Kopenhagę. Najbardziej utkwił mi w pamięci park miejski, który jest cmentarzem. Ludzie w pobliżu nagrobków czytali książki, biegali, spacerowali. Jak później trochę o tym poczytałam, to okazało się, że jest to swego rodzaju kontynuacja zwyczajów.

  3. Piękny tytuł, od razu przykuł moją uwagę! 🙂 Do tej pory odwiedziłam Aalborg i Aarhus, piękne duńskie miasta. Kopenhagi nie miałam jeszcze okazji, ale jest w planach! Moja siostra studiuje teraz w Danii i mam też od niej relacje z pierwszej ręki, jak każde państwo tak i to ma swoje wady 🙂

    1. Na pewno Dania ma wiele wad, jak każde państwo – raczej traci niż zyskuje przy bliższym poznaniu 🙂. Fajnie, że Twoja siostra ma okazję tam pomieszkać, podróże kształcą i dają życiu zupełnie nową perspektywę. Możemy podglądać inne społeczeństwa i – na co wciąż jest nadzieja – uczyć się od nich.

  4. Ja też staram się zachować złoty środek,a le po chwili orientuję się, ze pędzę na złamanie karku, próbując ogarniać wszystko! Przydałaby mi się chwila wytchnienia!

    1. Właśnie, właśnie, złoty środek, to do niego dążę :). I też spokój cenię tym bardziej, im jestem dojrzalsza, natury nie oszukasz :).

    1. Szczerze mówiąc, aż tak bardzo dużo nie straciłaś, nie widząc Syrenki ;). Z całej tej atrakcji turystycznej najbardziej mi się podobał spacer do miejsca, w którym stoi pomnik. Sama Syrenka szału nie uczyniła, skromna taka, nieduża… Ale byliśmy, zobaczyliśmy, by potem móc się pochwalić :).

  5. Obserwowałam Gosiu twoje zdjęcia na Instagramie i zachwycałam się nimi, zamykałam oczy i przenosiłam do Kopenhagi. Tym wpisem naprawdę zabrałaś mnie w podróż. Wdychałam to świeże, nieco wilgotne powietrze, słyszałam stukot butów na kocich łbach, a nawet poczułam smak papieroparówek 😉 Cudnie piszesz. Marzę, by zwiedzić te strony: Danię, Szwecję. Kiedyś mi się uda 😉
    Mówiłaś, że jest tam drogo, a ile kosztowała Was podróż (bilet+hotel)?

    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa, Kochana Promotorko :). Przelot LOTem plus hotel (cztery doby ze śniadaniem, centrum, bardzo dobre warunki) to był koszt 2400 złotych za dwie osoby. Z Gdańska może być taniej. A może wybierzecie prom? Pozdrawiam serdecznie :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *