Wujaszek Siergiej

Jęknął bezgłośnie, zatrzymując skowyt w ostatniej chwili, zanim wydobył się z ust. Nie chciał obudzić córki, śpiącej tuż obok. Wyrwany ze snu, oszołomiony, poczuł ostre kłucie stłuczonej kości policzkowej. Ktoś rzucił nim o ścianę, potem zadał kilka szybkich, mocnych ciosów pięścią. Poczuł w ustach metaliczny, słodkawy posmak krwi. Stracił przytomność. Ostatnią jego myślą było: „Należało mi się”.

Flip i Flap, Remus i Romulus, Bolek i Lolek. Krystian i Siergiej – tak samo nierozłączni jak wielu bohaterów zbiorowej wyobraźni. Wszędzie chodzili razem. Krystian zachodził po Siergieja w drodze do szkoły, zawsze się tak samo wkurzał z powodu guzdralstwa starszego kolegi. Po siódmej klasie razem wagarowali, paląc papierosy za składzikiem z cegły, tym za szkołą, któremu czas powybijał okna i pomalował ściany sprejem. „Punks not dead”, „Witaj smutku”, „Nirvana” – napisy spływały po ścianach, dodając odpowiedniej, dekadenckiej atmosfery. Lata dziewięćdziesiąte przygniatały młodzież niespełnioną obietnicą lepszego życia. Chłopaki palili papierosy  z przemytu, bo tuż obok miasteczka na północy Polski znajdowała się granica z Rosją.  Śmiali się, pogrążając w beznadziei. Zawsze razem, jeden drugiego z przyjemnością ciągnął w dół, by potem wzajemnie się mogli z otchłani wydobywać.

Siergiej był synem rosyjskiej pielęgniarki, najpiękniejszej matki, jaką mogli sobie wymarzyć nabuzowani hormonami siódmoklasiści. Pochodziła z Zielonogradzka, miasteczka w przygranicznym obwodzie kaliningradzkim. Poznała ojca chłopaka, a swojego przyszłego męża, gdy dobijał interesu z jej własnym rodzicielem. Ruska wódka lała się strumieniami, jasnowłosy, błękitnooki dwudziestolatek zaimponował jej charyzmą i życiową zaradnością. Ona była świeżo po maturze. Filigranowa brunetka o sarnim spojrzeniu ogromnych, czarnych oczu, ruchach delikatnych i zgrabnych, jak to u baletnicy. Płynęła w powietrzu, ni to nimfa, ni rusałka. Z miejsca zakochały się w niej pijane oczy Jana. Jeździł potem do niej, tydzień w tydzień. Przy okazji załatwiał nowe interesy z Ruskimi, bo przemytem wtedy stało całe przygraniczne miasteczko. Eldorado, które nigdy miało się nie skończyć.

Po kilku tygodniach oświadczył się jej ojcu i matce, po czym wyrwał młodziutką Rosjankę z Zielonogradzka. Z ulgą je opuściła, bo miasteczko nie miało zbyt dużo do zaoferowania. Były tam jedynie dwa miejsca godne uwagi: szeroka plaża Bałtyku, na której garściami można było zbierać bursztyn, i szkoła baletowa, pełna pięknych, niewinnych dziewcząt, podobnych do Swietłany.

Dziewczyna zrezygnowała ze studiów, poszła za to do szkoły pielęgniarskiej. Szybko nauczyła się języka, jej charakterystyczny akcent dodawał miękkości polskiej mowie. Po studium od razu została zatrudniona w szpitalu wojskowym. Dzięki temu zdobyła mieszkanie, mogli wyprowadzić się od teściów. Jak tylko zamieszkali w połowie poniemieckiego bliźniaka z cegły, opalanego piecem, zaszła w ciążę. Jan całował brzuch, szczęśliwy, opijał jej błogosławiony stan litrami samogonu.

Wkrótce coraz rzadziej bywał w domu, coraz częściej w pijalniach piwa. Zdążył jeszcze zrobić jej drugie dziecko. Po kilku miesiącach od narodzin córki znaleźli go przy torach kolejowych, obsikanego. Martwego.

Wdowa nie miała czasu na rozpacz, ani na zajmowanie się słodką parką dzieciątek. Brała dyżury, jeden za drugim. Gdy przełożeni wyganiali ją ze szpitala, jeździła na wizyty domowe. Dzieci chowały się same, opiekowały sobą wzajemnie. Starszy Siergiej chciał matce wynagrodzić brak męża. Po jej powrotach ze szpitalnych dyżurów z czułością masował jej stopy. Z kluczem na szyi odbierał z przedszkola młodszą siostrę. Siedmiolatek wyglądał dziwnie w powodzi dorosłych, lecz otoczenie, znające sytuację rodzinną matki, przymykało na to oko. Przedszkolna kucharka zawsze wypychała mu kieszenie smakołykami, które pozostały po podwieczorku.

W pewnym momencie trochę się świat dzieciakom zaczął rozłazić. Matka była coraz smutniejsza, często zapominała napalić w piecu, o gotowaniu nie było mowy. Chodziła zmęczona, małomówna. Siergiej nie dosypiał, zbyt wiele obowiązków przejął na siebie. Zaczął przysypiać na ławce w szkole, miał coraz gorsze oceny. Matka nie przychodziła na wywiadówki. Żałoba pod paznokciami chłopca bardzo rzucała się w oczy nauczycielom, bardziej niż jego samodzielność i brak matczynej opieki. Siergiej dbał o wszystko wokół, nie wystarczało mu czasu ani ochoty na kąpiel w zimnej wodzie.

Powoli przylgnęła do niego łatka dziecka tej „nieszczęśnicy”. W pokoju nauczycielskim huczało od pomysłów na rozwiązanie jego problemów. Szkoda, że żaden z nich nie dotarł do adresata i nie wpłynął korzystnie na pełne trosk życie. Docierały za to do niego słowa krytyki i zniecierpliwienia, że jeszcze nie pojął, czym jest licznik, a czym mianownik. Nauczycielki często porównywały go do młodszej siostry, prymuski, która zawsze odrabiała pracę domową, przygotowana do lekcji, starannie ubrana.

Rodzeństwo nie wiedziało, że w ich rodzinie jest inaczej niż zazwyczaj. Że starszy o dwa lata brat nie powinien pełnić roli ojca ani głowy rodziny. Było jak było. Dobrze było, ojciec szczęśliwie wyciągnął nogi, matka ojca roztyła się, nie miała siły wychodzić ze swojego mieszkania komunalnego na czwartym piętrze bez windy. Drugich dziadków nigdy nie poznali, ich własna matka była, a jakby jej nie było. Było dobrze, codziennie jedli trzy posiłki i nikt nie zawracał im głowy lekcjami, jak w innych domach. Sara uczyła się, bo chciała, Siergiej nie uczył się, bo miał ważniejsze rzeczy do roboty.

Trochę się zmartwił, gdy został na drugi rok w siódmej klasie, nie na tyle jednak, by poinformować o tym fakcie matkę. Wprawdzie nauczyciele wzywali ją do szkoły, lecz nie zdziwili się, gdy się nie pojawiła. Dzieci były najedzone, nie pobite, nie widzieli potrzeby interwencji kuratora. Siergiej spokojnie przyjmował uwagi nauczycielek, stał zawsze w tej samej pozycji, ze spuszczoną głową. W myślach liczył, zwykle reprymenda kończyła się, gdy dotarł do dwustu pięćdziesięciu. Nauczycielki kazały mu odmaszerować na przerwę, same nurkowały nosem w dzienniku lekcji. Kolejna sprawa odhaczona w ich napiętym grafiku, mogły działać dalej.

W siódmej klasie, jako drugoroczny, Siergiej cieszył się ogromnym szacunkiem chłopaków. Najbardziej imponował Krystianowi, zwanemu Krystyną. Siedzieli razem, w ostatniej ławce, na wszystkich lekcjach. Siergiej pokazywał koledze gazety z gołymi babami, które niedawno odkrył, sprzątając poddasze. Krystian dzielił się z kolegą papierosami, które wykradł z barku, zamykanego na klucz przez rodziców. Rozmawiali ciągle, dzielili się spostrzeżeniami na temat nauczycielek i kujonek z pierwszej ławki, których karność wydawała im się bardzo zabawna. Urządzili sobie zawody na liczbę jedynek pod koniec pierwszego semestru. Rzecz jasna, wygrywał ten, który miał więcej. Krystian był dumny, gdy okazał się zwycięzcą. Po wywiadówce mina mu zrzedła. Matka przyłożyła mu ścierką, ojciec nie odzywał się do niego przez tydzień. Oboje poprosili wychowawczynię, by rozdzieliła chłopaków. Żeby ich syn miał jak najmniej do czynienia z tą patologią.

To tylko zacieśniło więzi między chłopcami. Nie mogąc pokazywać się razem w szkole, coraz częściej wybierali wolność. Chodzili razem na ryneczek, oglądali mydło i powidło, czasami zatrudniali się przy sprzątaniu, pakowaniu i wypakowaniu towarów. Stali się nierozłączni.

Krystian przychodził ze szkoły, rzucał plecak w kąt. Jadł obiad, udawał, że odrabiał lekcje i pospiesznie wychodził na dwór. Cwałował kilka ulic, które dzieliło go od Siergieja, z bijącym sercem i podnieceniem. Po kilku latach tym większym, że Siergiej, oprócz zaradności, dojrzałości, ciętych ripost i ojcowskiej aury, posiadał jeszcze jeden skarb. Sara, młodsza siostra, przyprawiała Krystynę o prawdziwe zawroty głowy. Czuł boleśnie, jak krew odpływa mu z mózgu, jak jest bliski omdlenia, gdy Sara przemykała  korytarzem, by zamknąć się w swoim pokoju. Z niewartej uwagi dziewczynki, dziecka, które gdzieś tam się zawsze kręciło w tle, wyrosła piękna młoda kobieta. Długie, „czarne jak heban” włosy, cera „biała jak mleko”, długie ręce i długie nogi, małe piersi, wielkości dojrzałych jabłek  papierówek aż się prosiły, by ich dotykać, pieścić, wielbić.

Niestety, starszy brat gorszy był niż Cerber. Celowo ograniczał kontakty przyjaciela z własną siostrą, chciał ją chronić przed całym światem. Powiedział kiedyś, gdy obaj upili się likierem czekoladowym, który Krystyna jak zwykle podprowadził z barku rodziców, że jego siostra musi osiągnąć sukces. Planował dla niej świetlaną przyszłość, gdzieś daleko, w Warszawie, w budynkach o szklanych ścianach, gdzie legalnie można zarobić duże pieniądze.

– Ja to ja, Krystynko. Skończę pewnie jak ojciec, jeszcze mi pośpiewasz serenady nad gróbskiem. Ale ona jest genialna, jest świetna, człowieku, same celujące na świadectwie. Czaisz? Dlatego właśnie nie mogę jej pozwolić zaciążyć. I choć Kryśka, kocham cię jak brata, wara od niej. Zrozumiałeś?

Przymrużył oczy, w kąciku ust tlił się papieros. Siedzieli w salonie mieszkania Siergieja, który ten już dawno zamienił w swoje królestwo. Na podłodze stała butelka do połowy wypełniona bimbrem i dwie szklanki, w tamtych czasach nazywane literatkami. Kiełbasę chłopaki pokroili w ukośne plastry, małe ogórki konserwowe wypełniały kryształową miseczkę. Pełna kulturka, człowieku.

Krystian westchnął, niezdolny do jakiegokolwiek sprzeciwu wobec przyjaciela. W milczeniu wychylali kolejne szklaneczki. Po północy powrócił do domu, położył się spać. Czekał ich kolejny tydzień gry w kotka i myszkę z nauczycielkami w technikum, balansowania na krawędzi, aby tylko przechodzić jakoś z klasy do klasy. Byli przekonani, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej i nie mogli się go doczekać.

Tymczasem Sara, zamknięta w szklanej wieży braterskiej miłości, powoli rozkwitała. Tęsknym wzrokiem wodziła za Krystianem. Bardzo jej się podobał, przypominał ojca z czasów jego młodości. Czarno-białe fotografie zatrzymywały w kadrach mężczyznę o odważnym, łobuzerskim spojrzeniu, ładnej sylwetce pływaka i serdecznym uśmiechu. Takim do tańca i do różańca, jak kiedyś wspominała matka, mile zaskoczona, że to polskie powiedzenia pasowało do męża jak ulał. Sara słuchała chciwie maminych wspomnień, choć potem zawsze żałowała swoich dociekań. Matka zamykała się po tych rozmowach na dobrych kilka dni w jaskini wspomnień i smutku.

Sara coraz rzadziej myślała o ojcu, coraz częściej o Krystianie. Nie mieli zbyt wiele okazji do rozmów, tak skutecznie działał mur, jaki postawił między nimi Sierioża. W końcu jednak znaleźli sposób na codzienne pogawędki. Sara  po lekcjach w miejskim liceum numer dwa, tym lepszym, chodziła do matki Krystiana, nauczycielki, na korepetycje z fizyki. Planowała, że zostanie lekarką. Krystian odliczał czas lekcji, dziewięćdziesiąt minut wlokło się jak wieczność. Siedział z Siergiejem w jego domu, rozwiązując kolejne problemy filozoficzno-społeczno-alkoholowe i obgadując wszystkich znajomych. Potem pędził do siebie jak na skrzydłach, by zobaczyć się z Sarą. Czekał na nią pod klatką, na dźwięk jej znajomych kroków serce mu się wyrywało z piersi. Odprowadzał ją do domu, nie chciał, by szła po ciemku tych kilka ulic. Czasem droga zajmowała im dobre pół godziny. Żegnali się pod sklepem spożywczym, oddalonym jakieś sto metrów od bliźniaka Sary. Dla niepoznaki, by ich Siergiej nie przyłapał.

Znaleźli sposób na to, by zespolić się w jedno. Mimo przeciwności losu, a może właśnie z ich powodu, nie chcieli na to długo czekać. Sara wkrótce zaszła w ciążę, gdy zdawała maturę, jej sylwetka nie pozostawiała wiele wątpliwości. Krystian z dumą podkreślał, że zostanie ojcem. Pracował już wtedy w warsztacie i zarabiał na życie, deklarował, że jest w stanie utrzymać swoją przyszłą żonę, matkę swojego dziecka.

Siergiej, dowiedziawszy się o całej sprawie, najpierw sprał przyjaciela, wykrzyczał mu cały żal za zmarnowaną przyszłość siostry. Potem go ucałował i uściskał, witając w rodzinie. Sam już odpłynął w inne zupełnie przestrzenie, zasilając strefę na pograniczu prawa, wikłając się w coraz bardziej ryzykowne i opłacalne interesy.

Matka rodzeństwa zmarła po cichu, tak jak żyła. Od wielu lat wyobcowana, we własnym świecie, swoim odejściem nie zadała dzieciom zbyt dużego bólu, raczej przypieczętowała stan faktyczny. Nad jej grobem pojawiło się mało rodziny, dużo wdzięcznych pacjentów. Jakby się umówili, wszyscy sypnęli w ciemną dziurę wykopaną w ziemi białymi kwiatami.

Miesiąc później przyszła na świat Majeczka, oczko w głowie tatusia, mamusi i wujka. Wkrótce Siergiej wybudował willę, której drzwi się bez przerwy otwierały i zamykały za coraz to młodszymi, piękniejszymi i bardziej zepsutymi kobietami. Pieniądze się Sierioży trzymały, mnożyły, dwoiły i troiły w oczach. Wkrótce stał się królem miejskiego półświatka.

Wtedy właśnie Sara przyszła do niego z płaczem. Okazało się, że Krystian ją zdradza. Nie istniało jeszcze pojęcie seksoholizmu, Krystian po prostu był psem na baby. W warsztacie, którego stał się po kilku latach właścicielem, miał specjalny pokoik. Klientki przekazywały sobie z ust do ust w sekrecie kulisy dodatkowej działalności pana Krystiana. Zawsze wyperfumowany, z pięknie rysującymi się pod obcisłą koszulką mięśniami, wypracowanymi podczas intensywnych treningów na siłowni, był obiektem fantazji niejednej urzędniczki i księgowej. Z chęcią odprowadzały samochody swoich mężów do warsztatu, przy okazji niejako korzystając z dodatkowych usług pana właściciela.

Sara dowiedziała się o tym procederze ostatnia, jak to zwykle z żonami bywa w takich sytuacjach. Zwymiotowała, gdy życzliwa koleżanka przy kawie z zażenowaniem jej opowiedziała o tym, o czym ćwierkały już wszystkie wróble na mieście. Czym prędzej spakowała wszystkie ubranka czteroletniej córki do jednej walizki, swoje ciuchy do drugiej. Wzięła dokumenty i perły, pamiątkę po matce, wyszła w pośpiechu z rodzinnego domu. Choć serce jej krwawiło, bo wciąż kochała męża pierwszą, intensywną miłością, postanowiła, że nigdy do niego nie wróci.

Słowa dotrzymała. Po przeprowadzce do brata, który znienawidził dawnego przyjaciela tak bardzo, jak kiedyś go kochał, bardzo długo nie chciała widzieć ojca swojej córki. Bała się, że gdy go zobaczy, zaleje ją powódź uczuć, całe zakochanie powróci ze zdwojoną siłą i uczyni ją bezbronną. Wróci do niego, do wiarołomnego męża, który zabrał jej młodość i przyszłość, po czym zrobił dobrze każdej kobiecie, która tego chciała. Nie mogła sobie na to pozwolić, bo straciłaby do siebie szacunek i dała zły przykład córce. Na pierwszym miejscu stawiała szacunek właśnie, miłość zawsze była drugorzędna. Nie chciała poświęcić godności w jej imię.

Krystian przychodził pod dom  przyjaciela regularnie, darł się, krzyczał, błagał i płakał. Sąsiedzi z jedynej w miasteczku dzielnicy willowej latem wychodzili przed bramy, oglądając widowisko ze śmiechem, podgadywali i szydzili z najsłynniejszego donżuana w okolicy. Zimą wystawali w oknach, aż w końcu im się znudziło. Znudziło się też Sierioży, który wyszedł pewnego dnia z domu, wzburzony, rozgniewany i podpity, skopał dawnego towarzysza, wyrzucił jak psa,  przez bramę, na ośnieżony chodnik. Krystian wstał, pozostawiając na śniegu plamę krwi z rozbitego nosa. Otrzepał kolana, obejrzał się za siebie. W oknie na piętrze stała córka, jej czarne loki przykleiły się do szyby, mokre od łez. Maja, jego Majeczka, tęskniła za ojcem tak bardzo, że aż ją bolało.

W końcu, po roku, Siergiej i Sara zezwolili Krystianowi na spotkania z córką, nie mogąc dłużej słuchać jej błagań. Ojciec widywał się z Mają co drugi czwartek. Nadal jednak  małżeństwo nie rozmawiało ze sobą, pozostawiając w zawieszeniu sprawę formalnego zakończenia związku. Dziewczynkę na ogół oddawała w ręce ojca jej opiekunka. Drzwi do pokoju Sary pozostawały zamknięte. Kobieta rzadko kontaktowała się nie tylko z mężem, ale też z całym otoczeniem. Nie musiała dbać o finanse, wszystko zapewniał jej brat, od skarpetek po drogi zegarek, od butów po lekcje angielskiego dla Mai. Wolał wydawać na nią niż na dziwki, jak jej kiedyś wyznał. Sam miał średnie szczęście w miłości – porządne dziewczyny odstraszała jego aura przestępcy, choć nikt do końca nie wiedział, czym się Siergiej dokładnie zajmuje. Te z półświatka były w sam raz na jeden raz. Ciepło rodzinne zapewniały mu siostra i ukochana siostrzenica, poza którą świata nie widział. Majeczka, oczko w głowie, słodka dziewczynka, wdzięczny obiekt do rozpieszczania.

Nie zauważył, że jego siostra powoli osuwa się w ciemność. Umknęło mu, że była coraz smutniejsza, coraz bledsza. Nie widział, jak wiele czasu spędza sama, na łóżku, zamknięta w ciemnym pokoju. Majeczka rozświetlała jego dni na tyle skutecznie, że nie dostrzegał ciemnej chmury, podążającej krok w krok za Sarą. Zresztą, siostrze nie zależało na tym, by brat się o nią martwił – przeciwnie, na tyle, na ile mogła, kamuflowała swój stan.

Pewnego dnia wyszedł z domu i nie wrócił. Aresztowali go, zbyt wiele razy naraził się władzy. Postawili dziesiątki zarzutów, a każdy z nich znajdował się w zupełnym rozdźwięku z serdecznym, ciepłym Sieriożą, którego znali siostra, siostrzenica, gosposia, sąsiedzi. Po głośnym procesie skazano go na dziesięć lat więzienia.

Dzień później siostra nie wytrzymała bólu życia. Opiekunka Majeczki znalazła ją rano z podciętymi żyłami. Maja smacznie spała, gdy jej mama zakończyła życie w pokoju obok. Puste pudełko po psychotropach nie pozostawiało wątpliwości, kobieta podwójnie zabezpieczyła się przed ratunkiem. Naprawdę jej zależało na tym, by po latach oglądania czarnej dziury z bezpiecznej odległości nareszcie się w nią rzucić.

Krystian przejął opiekę nad dzieckiem. Nie chciał przeprowadzać się z nią do domu rodzinnego, mimo że zgnębieni rodzice chętnie przyjęliby wnuczkę. Pragnął zacząć wszystko od nowa. Dla Sary. Pogrążony w żałobie, przepełniony wyrzutami sumienia, chciał zapewnić jej nowe, dobre życie, z daleka od plotek i spojrzeń wścibskich oczu, ciekawych tej smutnej dziewczynki, córki samobójczyni, siostrzenicy członka ruskiej mafii.

Rodzice dali mu parę groszy na start, mimo że bardzo ich zawiódł. Matka miała mu za złe, że nie skończył studiów, wybrał, jej zdaniem, łatwiejszą drogę. Gdy wreszcie po latach zaakceptowała synową, za jej ciche, łagodne usposobienie i za to, że dała jej najsłodszą wnuczkę, straciła je obie przez głupotę syna. Ojcu z kolei od dawna wszystko było obojętne, jego własna wyimaginowana udręka wytrwale topiona była w kolejnych butelkach wódki od kilkunastu już lat.

Tak czy inaczej, wyposażyli jedynaka na nową drogę życia. Przeprowadził się do Gdańska, by pracować tam w jednym z najlepszych na Pomorzu serwisów samochodowych. Miał do tego talent i dryg, pracował sumiennie i wytrwale, dla Majeczki. Często spotykał się z kobietami, jednak seks traktował czysto fizjologicznie, podobnie jak jego partnerki. Był dla niego codziennym obowiązkiem, jak mycie zębów, branie prysznica. Nic specjalnego. Po nocach śnił o Sarze, jej delikatnych dłoniach, długich czarnych włosach. Bywało, że budził się z płaczem. Szedł wtedy do pokoju córki, słuchał jak oddycha. Okrywał kołdrą, szeptał, że ją kocha i przeprasza.

Po kilku latach ktoś do niego zadzwonił z nieznanego numeru. Odezwało się zeszłe życie i ostrzegło, że Siergiej wyszedł właśnie z więzienia. Kilka lat wcześniej niż wskazywał wyrok, za dobre sprawowanie. Podziękował dawnemu kumplowi za informację i natychmiast zarezerwował bilety na prom. Chciał choć trochę odwlec w czasie sprawiedliwość.

Następnego dnia zabrał córkę na wycieczkę-niespodziankę. Przedświąteczny rejs promem Stena Line, rozświetlonym do granic rozsądku, pachnącym piernikiem i grzanym winem. Od dawna mieli się wybrać na wycieczkę do Karlskrony, dziewczynka zatem nie posiadała się z radości. Z czułością patrzył w jej ciemne oczy, szczęśliwy, gdy widział w nich uśmiech. Taki jak u Sary, gdy nie była jeszcze świadoma zła, które jej wyrządził.

Po pełnym rozrywek wieczorze spędzonym na promie, zjedzeniu wszystkich niezdrowych, pysznych smakołyków, po zebraniu komplementów przysługujących każdemu opiekuńczemu tatusiowi, udał się z córeczką pod pokład, do przytulnej, maleńkiej kajuty. Zasnęli oboje błogim, spokojnym snem.

Wtedy z ciemności wynurzył się cień. Siergiej pobił przyjaciela, uwalniając wszystkie demony bólu i cierpienia. Mógł go zabić, nie zrobił tego – ze względu na Majeczkę, która potrzebowała ojca. Wyszedł cicho. Następnego dnia robił wszystko, by nie natknąć się na tego, który zmarnował życie jego siostry. Przy śniadaniu jednak trafili na siebie w kolejce do kawy. Spojrzeli jeden na drugiego. Krystian, z opuchniętą, obolałą twarzą, porządnie opatrzoną przez promową pielęgniarkę, skinął na Siergieja. Wypowiedział bezgłośne: „Wybacz”. Ten odszedł do stolika z parującą kawą. Gdy Krystian szukał wolnego miejsca, Siergiej odsunął krzesło stojące przy jego stoliku. Maja, która nie wiadomo skąd znalazła się obok ojca,  natychmiast na nie wskoczyła z okrzykiem radości: „Wujku!”.

 

Podobał Ci się ten tekst? Będzie mi bardzo miło, jeśli skomentujesz, polubisz mój fp Pełnia, wyślesz wiadomość – dasz znać, że jesteś. Z góry dziękuję.

19 thoughts on “Wujaszek Siergiej

  1. Wow, po prostu wow! Przeczytałem na jednym posiedzeniu, tak mnie wciągnęła opowiedziana przez Ciebie tu historia. Brawo! Wygląd czcionki akurat wpasował się idealnie moim zdaniem. Ta drobniejsza świetnie akcentuje wstęp i zakończenie. Zdradź mi tylko, czy w tym fragmencie: „Żegnali się pod sklepem spożywczym, oddalonym jakieś sto metrów od bliźniaka Sary. Dla niepoznaki, by ich Krystian nie przyłapał.” coś źle zrozumiałem, czy oni nie powinni się czasem ukrywać przed Siergiejem?

    1. Dziękuję, dziękuję 😊. Za komplementy i czujność. Już poprawiam Krystiana na Siergieja, oczywiście 😊. A czcionka była wcześniej w wwiększym miszmaszu 😀.

  2. Skoro mowa o czcionce to jest olbrzymia 😀 A co do tekstu przyznaje ze interesujacy. Zastanawiam sie jak Ty to tam ulozylas sobie w glowie? Dobre. Chociaz nieco smutne.

  3. „Nieco smutne”?! Od połowy ryczałam jak cielę. Bardzo wzruszająco ludzki tekst i ludzka historia. A z tą czcionką to w końcu (!) może dałoby się coś zrobić. Chętnie bym pogrzebała w Twoim WP.

    1. Dziękuję Emilko za ofertę pomocy, coś mi z tą czcionką się rozjechało i nie chce się zjechać :). Napisz do mnie w wolnym czasie, dam Ci poszperać w moim WP :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *