Przyśniło się i spełniło – recenzja antologii „Nikomu się nie śniło”

Rynek wydawniczy pęka w szwach. Mam wrażenie, że więcej osób pisze, niż czyta. Debiutanci mają małe szanse na promocję ze strony dużych wydawnictw, bo te wolą stawiać na pewniaki. Już tyle razy słyszałam, że książka to towar jak każdy inny, że niespecjalnie razi mnie sprzedawanie jej między pietruszką a bombkami choinkowymi w sklepie z owadem w logo. Inną sprawą jest, że nie kupuję książek w szalenie promocyjnych cenach, bo wiem, jak mizerne grosze trafiają z tych 9,99 zł do kieszeni pisarza.

Tym bardziej kibicuję i wspieram kreatywne sposoby na promocję debiutantów. Podziwiam akcję wymyśloną przez Katję Tomczyk – ogromne brawa i gratulacje, mogę sobie tylko wyobrazić, jak niełatwo było zorganizować cały projekt i sprawić, że słowo stało się ciałem.

Akcja „Wykup słowo” zrodziła się z pomysłu na współuczestniczenie czytelników w procesie tworzenia opowiadania. Pomysłodawczyni upiekła na jednym ogniu kilka pieczeni. Zaangażowała w antologię opowiadań czytelników jeszcze przed powstaniem tekstów, zebrała przy okazji fundusze na wydanie książki, do tego zadbała o wymiar charytatywny przedsięwzięcia.

Zabawa polegała na tym, że przyszli czytelnicy opowiadań i kibice akcji wymyślali imiona bohaterów, podsuwali im rekwizyty, a czasem kreowali całe postacie, które następnie pisarze mieli za zadanie umieścić w treści opowiadania. Jakby tego było mało, antologia opowiadań „Nikomu się nie śniło” była połączona jednym wspólnym tematem – snem, śnieniem, podróżami między jawą a sennym marzeniem. Ten temat bardzo przyciągnął moją uwagę.

Byłam ciekawa, jaki będzie rezultat literackiego eksperymentu, dlatego chętnie wzięłam udział w konkursie na fp Wykup słowo i, ku mojej radości, wygrałam go moim neologizmem skowronkosowienie (czyli przystosowanie swojego zegara biologicznego do rytmu dobowego towarzysza życia 😉 ). Odłożyłam książkę na półkę, do przeczytania na potem, bo jak zwykle bezlitosna bieżączka zebrała swoje żniwo.

Nieuchronnie zbliżający się koniec roku zawsze powoduje chęć nadrobienia wszelkich zaległości, również czytelniczych. Zatem po ukończeniu znakomitej książki „Zapach mężczyzny” Agnety Pleijel zabrałam się za antologię ciekawych i dobrze napisanych, jak się wkrótce okazało, opowiadań.

Ogromną frajdę sprawiło mi śledzenie kolejnych fraz stających się częścią zupełnie różnych opowiadań. Niesamowite, jak bardzo słowa mogą brzmieć inaczej w zależności od kontekstu, od pisarskiej wyobraźni twórcy. Zmieniają znaczenie, ewoluują, tworzą zupełnie nowe konstelacje wyrażeń i skojarzeń. Pomysł, by to samo wyrażenie pojawiało się w książce kilkakrotnie, wędrowało po stronach, skakało z tekstu do tekstu, jest bardzo twórczy i nośny. Szczególnie, że uczestnicy akcji dość bezlitośnie wybrali słowa nie najłatwiejsze do zagospodarowania. Pisarze z wyraźnym entuzjazmem podjęli wyzwanie, a jego realizację uważam za jeden z najmocniejszych punktów projektu.

Poza tym spodobało mi się co najmniej kilka z opowiadań, chętnie poczytałabym inne teksty ich autorów. Szczególnie bliskie są mi tematy straty, powiązań rodzinnych, sekretów, tajemnicy. Już tak mam, że to smutne i mroczne mnie bardzo przyciąga, szczególnie w jesienny czas odchodzenia i zmierzchu. Dlatego właśnie nominuję do mojej prywatnej nagrody Mistrza i Mistrzyni Magii Czytanej po Północy następujących autorów – kolejność taka jak kolejność zamieszczonych opowiadań:

Marta Koton-Czarnecka, „Śniaki” – za neologizm – tytuł opowiadania i opis tęsknoty za kimś, która każe zaprzeczać rzeczywistości i która krzywdzi tych, co pozostali;

Robert Małecki,  „Pustka” – za tworzenie niezwykłego klimatu, przywołującego obrazy z mojego dzieciństwa i za okrutną prawdę, która zawsze jest lepsza od kłamstwa;

Przemek Morawski, „Życie, o jakim śniłeś” – za twórcze rozwinięcie idei coachingu i zobrazowanie faktu, że nie wszystko da się w życiu zaplanować;

Maras Pijanowski, „Cień klabaternika” – za bardzo ciekawą historię o winie i odkupieniu, rozciągniętą na pokolenia. I zabójczo przystojnego bohatera, w którym kochają się nawet mężczyźni  hetero ;);

Anna Rozenberg, „Senariusz” – to opowiadanie w stylu domestic noir zaimponowało mi dbałością o szczegóły. Gdy prawda wyszła na jaw, prześledziłam jeszcze raz niektóre wypowiedzi bohaterki, żeby sprawdzić, jak autorka zadbała o ich dwuznaczność. Świetny materiał do nauki, a przy tym ulubiona, bo smutna, opowieść.

„Wykup słowo” to kolejna znakomita marka promująca czytelnictwo i pisarstwo. Następnym razem, jak tylko ogłoszą zbiórkę, zgłaszam się z moim skowronkosowieniem :).

Jak wcześniej wspomniałam, akcja ma również wymiar charytatywny. Część dochodu przeznaczona jest na wsparcie Grzegorza Króla, strażaka wybudzonego ze śpiączki, podopiecznego Fundacji Światło.

Patroni akcji:

Nowe Myśli, świetny portal dla „ludzi z głową”. W tym roku gościłam tam z moją Mańką.

Maszyna do pisania, szkoła dla przyszłych pisarzy, w której szacownych progach pobierałam nauki – tutaj możecie poczytać o mojej pisarskiej przygodzie.

PS Następne marzenie do spełnienia wędruje na moją listę: za jakiś czas znaleźć się wśród zacnego grona autorów i autorek jednej z kolejnych antologii :).

Podobał Ci się ten tekst? Będzie mi bardzo miło, jeśli skomentujesz, polubisz mój fp Pełnia, wyślesz wiadomość – dasz znać, że jesteś. Z góry dziękuję.

7 thoughts on “Przyśniło się i spełniło – recenzja antologii „Nikomu się nie śniło”

    1. Bardzo dobre opowiadanie, Danko, warto przeczytać. Coachom może się szczególnie spodobać, bo pięknie obrazuje ograniczenia, na które – tak czy inaczej – każdy w swoim życiu trafia. Nawet jeśli wierzy, że „może wszystko” ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *