Elbląg – Festiwal Literatury Wielorzecze: pukając do przeszłości bram

Pamiętam, miałam wtedy wolne w pracy, a cały dom był opustoszały, czyli świętowałam tak zwane „wagary od życia” – dzień tylko dla siebie, który od czasu do czasu sobie funduję z pełną przyjemnością i bez wyrzutów sumienia. Oczywiście wtedy zwykle piszę, nadrabiam zaległości w zadaniach, które z własnej woli na siebie nakładam. Zwykle wypatruję jakiejś inspiracji, szansy na publikację, rozwijam pomysł, który we mnie od dawna drzemał.

Tego dnia powstał mój „Domek na Górze” oraz krótki tekst, kandydujący do nagrody w konkursie Zuzanny Gajewskiej, twórczyni Szufladopółki. Z „Domku” od początku byłam zadowolona, a gdy przyszła informacja, że konkurs u Zuzanny wygrałam, stwierdziłam, że potrzebuję tych wagarów od życia i postaram się kontynuować słuszną tradycję tak długo, jak to możliwe.

Bo wygrana to dla mnie duża gratka – nocleg w Hotelu pod Lwem, w którym zapisywałam te słowa, w dwupokojowym apartamencie, z pysznym śniadaniem i mężem u boku (czytaj: bez dzieci) to przemiła niespodzianka. Tym bardziej że wpisuje się w kolejną tradycję – raz na kilka miesięcy wyprawiamy się wspólnie na weekend tylko dla nas dwojga, żeby odnaleźć siebie schowanych pod codziennością. W dużej mierze jesteśmy wspólnikami przedsiębiorstwa o nazwie Rodzina i brakuje nam chwil bliskości i zatrzymania. Rwący strumień spraw do załatwienia na wczoraj, codzienna krzątanina jakoś im nie sprzyja, o czym doskonale wiedzą rodzice małych dzieci.

 

Darmowy nocleg w hotelu usytuowanym na najmłodszej starówce w Polsce to jedna z atrakcji, które czekały mnie w Elblągu. Z ogromną ciekawością przechadzałam się uliczkami, których kilkanaście lat temu jeszcze tu nie było. Niby ten sam, a nie taki sam ten Elbląg.

Gdy chodziłam tu do liceum, miało ono szlachetny, szaro-biały kolor, teraz barwą przypomina żółciutkie kurczę. Gdy byłam nastolatką, wydawało się większe, potężniejsze, obezwładniające. Teraz, po wielu latach innych doświadczeń – szkoła jak szkoła. Wspomnienia, choć wróciły potężną falą, nie miały już w sobie tak wielkiej siły rażenia, jak świeże, dziewczęce doświadczenia – różne, pozytywne, negatywne, zawsze pierwsze. Przeprowadziłam męża wąskimi ulicami, które pokonywałam każdego dnia. Szkoła, bursa, sklep spożywczy, jadłodajnia, gdzie codziennie spożywałam danie dnia, księgarnia, biblioteka, teatr… Wszystko to samo, lecz zupełnie inne. Skurczyło się, choć od czasów licealnych nie podrosłam. Odczarowało się, straciło zęby, wyliniało. Przez to stało się mi droższe i bardziej bliskie, łatwiejsze do ogarnięcia, moje, bo będące częścią mojej młodości. A to dla każdego okres, który wspomina się z mniejszym lub większym sentymentem.

W Elblągu spędziłam tylko kilka lat, potem na mojej mapie życia pojawiło się jeszcze kilka miast, miasteczek, w Polsce i zagranicą. Ale ten czas był niezwykle ważny dla mojej tożsamości – to wtedy nauczyłam się samodzielności, tego, że mogę na sobie polegać. To tu przeżyłam największą tęsknotę za domem rodzinnym, do którego wracałam tylko w weekendy. To tu trafiłam na najważniejszą nauczycielkę w całej mojej uczniowskiej historii, Panią Profesor Krystynę Fac, która rozbudziła we mnie zamiłowanie do przelewania myśli na papier.

Choć nie bardzo wierzę w przeznaczenie i metafizyka nie jest mi najbliższa, jednak cieszę się bardzo na niezwykły zbieg okoliczności, dzięki któremu byłam w Hotelu pod Lwem i zaliczałam kolejne imprezy Festiwalu Literatury Wielorzecze. Dzięki przebywaniu wśród ludzi tak samo zakręconych na punkcie literatury jak ja, w niezwykle przyjaznej atmosferze, odczarowałam dawne strachy i straszki. Czułam się częścią większej całości, czuję prawdziwą radość z obecności wśród swoich. Podobnie odczuwałam na warsztatach pisania. Powoli uzależniam się od tego uczucia.

Na Festiwalu działo się ciekawie i bardzo wiele. Jestem szczególnie zadowolona ze spotkania z Tomaszem Jastrunem, erudytą, pisarzem, poetą, człowiekiem niezwykle wrażliwym na sprawy społeczne. Bardzo lubię czytywać jego felietony, moja mama wiele lat chłonęła rubrykę, którą prowadził w „Twoim Stylu”. Posłuchać mądrego człowieka, którego myśli i słowa są ci bliskie – jest to jedna z największych przyjemności życia. Wspominał o swoich dokonaniach z okresu stanu wojennego, o tym, jak trafił do paryskiej „Kultury” i do więzienia. Sypał anegdotami o swoich rozmowach i spotkaniach z najważniejszymi osobami w Polsce. Bardzo mi  się podobał jego wiersz nawiązujący do Pisma Świętego i komentarz  na temat zdania Prymasa Glempa: „Piękny wiersz, ale dlaczego, Panie Tomaszu, jest Pan wrogiem Kościoła?” Tomasz Jastrun zaznaczył, że to nie takie proste. Tak właśnie myślę i ja, że we współczesnych czasach „to nie takie proste”.

Spotkanie było czułe, słodko-gorzkie, niezwykle wnikliwie komentujące współczesność. Tomasz Jastrun odnosił się do poważnego problemu depresji. Słusznie zauważył, że biorąc pod uwagę liczbę osób zgromadzonych w Sali teatralnej, problem dotyczy co najmniej dwóch osób. Mówił z niezwykłą skromnością o swojej satysfakcji z tego, że jego książka traktująca o tej chorobie przyczyniła się do uratowania życia kilku niedoszłych samobójców. Mówił o tym, jak oszukał przeznaczenie, zostając ojcem w dość późnym wieku, o wrażeniach z ojcostwa, o zachwycie nad nim. Cytował wiersze liryczne, ale i polityczne. Co jakiś czas wyrażał swój niepokój zimną wojną, która teraz toczy Polskę. Spotkanie to było bardzo ciekawe, inspirujące i wzruszające.

Pan Tomasz zahipnotyzował publiczność, dał wiele powodów do przemyśleń i pokazał złożoność natury artysty. Z jednej strony, twardo stąpa po ziemi i zajmuje go bardzo konkretny temat polityki, z drugiej ma w sobie wiele liryzmu, smutku i nostalgii, a gdzieś w tle zawsze wybrzmiewa troska o człowieka i jego kondycję. Rewelacyjna, niezwykle ciepła i serdeczna Bogumiła Salmonowicz w pewnym momencie odeszła od zaplanowanego scenariusza i pozwoliła Panu Tomaszowi nanizać kolejne korale na nitce wspomnień. Wyszła z tego wielobarwna, interesująca mozaika znaczeń, wrażeń i  zdań wymagających przemyślenia. Prawdziwa uczta duchowa.

Po spotkaniu z wielką ochotą i entuzjazmem uczestniczyłam w turnieju poetyckim, gdzie miałam okazję na żywo poznać bardzo troskliwą i ciepłą Zuzannę Gajewską – Zuzo, jeszcze raz ogromne podziękowania za wyróżnienie. Po turnieju, w trakcie którego okazało się, że poeci to niezwykle dowcipne i zrelaksowane towarzystwo, miał miejsce koncert kobiety o wielkim głosie, choć drobnej posturze, Justyny Sieniuć, potem wraz z mężem dumaliśmy sobie, słuchając romantycznych ballad w wykonaniu duetu – Janusza Pierzaka i Mirelli Hinc.

W sobotę rano uczestniczyłam warsztatach w Bibliotece Elbląskiej, nareszcie się dowiedziałam, jak pisać recenzje, by nie było sztampowo, nudno i po szkolnemu. Zajęcia minęły migiem dzięki ciekawemu, angażującemu prowadzeniu Marty Osowskiej-Utrysko i Aleksandry Maciejewskiej.

Potem szłam Bulwarem Zygmunta Augusta, spacerowałam wzdłuż rzeki, widziałam Jastruna, siedzącego na ławce, zagłębionego w lekturze. Opowiadałam mężowi historie o minionych czasach, cieszyłam się spokojem miasta powakacyjnego, wrześniowego, weekendowego, już nie gorącego, ciągle ciepłego. Zaczarowałam Elbląg na nowo, a i Elbląg mnie oczarował otwarciem na turystykę i tym, jak wypiękniał dzięki kosztownej i efektownej odbudowie starówki. Najnowsze Stare Miasto w Polsce, jak niektórzy powiadają prześmiewczo. Mnie się podoba. Zachęcam do odwiedzenia, na pewno nie pożałujecie.

W sobotę wieczorem dotarliśmy na podsumowanie akcji „Woluminy. Głos książki” Zuzanny Gajewskiej. Niestety, nie dane nam było dotrwać do końca szampańskiego wieczoru, wielomiesięczne zmęczenie rodziców pracujących dało znać o sobie. Bardzo żałuję i liczę na to, że następnym razem będziemy bardziej wypoczęci i wyspani, o co podobno łatwiej, gdy dzieci są starsze.

W niedzielę rano czekały mnie ostatnie warsztaty literackie Tadeusza Dąbrowskiego. Znów ciekawie, z humorem, dystansem oraz piekielnie zdolnymi uczestnikami. Jako zupełnie nowa osoba w tym środowisku trwam w zachwycie nad tym, jak wrażliwymi ludźmi są ci, których spotykam na drodze swoich literackich przygód. Warto było wejść na ten szlak, widzę to po raz kolejny.

Po warsztatach odbywały się kolejne imprezy, to, co powyżej opisałam jest zaledwie małą częścią szerokiej oferty Wielorzecza.  Tęsknota za dziećmi kazała nam wyruszyć w drogę powrotną. Po odebraniu ich od Dziadków czekał nas dalszy ciąg sentymentalnej podróży, tym razem na Mazury. Ale to już materiał na inną opowieść, pod tytułem: Urlop z dziećmi: jak wypocząć i nie zwariować.

Brawa dla Wielorzecza i jego Autorów, zgromadzonych w Stowarzyszeniu Alternatywni. Bardzo się cieszę, że mogłam uczestniczyć w Festiwalu, będącym ukoronowaniem Waszych działań. Będę pilnie śledzić Waszą aktywność i chętnie tu wrócę.

13 thoughts on “Elbląg – Festiwal Literatury Wielorzecze: pukając do przeszłości bram

  1. Uwielbiam czytać o takich wydarzeniach! Zanim zaczęłam przygodę z blogowaniem, znałam kilka największych festiwali, ale nie miałam pojęcia, że w całej Polsce jest tak dużo świetnych imprez ze świata kultury. Fajny wpis!

    1. To podobnie jak ja – nie miałam też pojęcia, ile korzyści może przynieść blogowanie, ile inspiracji i ciekawych ludzi można gdzieś po drodze nałapać ;).

  2. Też mam sentyment do miasta, do którego się wyprowadziłam i w którym stawiałam swoje pierwsze dorosłe, samodzielne kroki. To tu wydarzyło się to, co najlepsze w moim życiu i… ciągle się dzieje, bo wciąż tu mieszkam 🙂

  3. Gratuluję wygranej. Zazdroszczę spotkania z panem Tomaszem Jastrunem. Słyszałam o jego książce na temat depresji, oglądałam parę programów z jego udziałem w telewizji.

    1. Dziękuję. Pan Tomasz pisze świetnie, lecz to spotkanie autorskie stanowiło wartość samo w sobie. Po całym spotkaniu czułam lekki niedosyt i żal, że tak szybko minęło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *