Nieśmiałość – kula u nogi

Obraz autorstwa Marysi Nogi

Nie wiem, czy byłabym tu, gdzie jestem, gdybym nadal, jak przed laty, tkwiła uwięziona w matni nieśmiałości. To jedna z gorszych przypadłości, jakie mogą się przytrafić młodej dziewczynie. Niestety, zdarza się częściej niż byśmy chcieli i bywa jedną z głównych przyczyn wielu młodzieńczych niepowodzeń, nieprzespanych nocy, przepłakanych dni.

Dojrzewasz, wszystko się zmienia. Szkoła, znajomi, otoczenie, ciało, psychika. Przewartościowujesz priorytety, zaczynasz nosić stanik, pragniesz akceptacji, bo sama siebie nie akceptujesz. Jesteś zupełnie inną osobą, chaos w głowie każdego dnia każe walczyć o przetrwanie.

Czasem wystarczy jedna krytyczna uwaga, czasem niewybredny żart, o który w szkole łatwo, czasami brak czerwonego paska na świadectwie… krzywe spojrzenie chłopaka, w którym się kochasz… i dziecięca pewność siebie znika, zdeptana przez nastoletnią codzienność.

Jesteś jak pąk, trafiony przez pierwsze przymrozki, jak wyschnięta ziemia, w której nie wykiełkują posiane wcześniej nasiona. Poruszasz się, myślisz, jako tako się uczysz, lecz nie żyjesz naprawdę, jedynie egzystujesz. Masz jakieś plany, które sumiennie wypełniasz, lecz nie masz marzeń. Ktoś ci je zabrał, ktoś zgasił światło, którym wcześniej emanowałaś. Bezwiednie, nieopatrznie. Nauczyciel wyśmiał, mama skrytykowała zbyt pulchną sylwetkę, dziewczyny zrobiły z ciebie kozła ofiarnego na klasowej imprezie. Innych to ani ziębiłoby, ani grzało, lecz nie Ciebie. Ciebie dotyka.

Dochodzi do takiego momentu, że na wszelki wypadek nie odzywasz się. Strategicznie, by nie być obśmianym. Potem nie chodzisz na imprezy, pod byle pretekstem unikasz spotkań towarzyskich. Czytasz, wiesz coraz więcej, lecz nie dzielisz się tą wiedzą z nikim. Siedzisz w okopach, zadowolona, że nikt się Ciebie nie czepia. To czyni z Ciebie jeszcze większego odludka, stajesz się dziwakiem, dziwadłem nawet, kimś nie wartym uwagi. Cierpisz, bo wiesz, że tak nie jest. Lecz w tym momencie nie jesteś w stanie znaleźć wyjścia z pułapki. Sprawy potoczyły się za daleko i w niewłaściwym kierunku.

Masz dość. Szukasz pomocy. Czytasz poradniki, starasz się zrobić coś z szybą, która oddziela Cię od świata. Rozbić, przestawić, usunąć, rozpuścić w morzu łez. Cokolwiek, byle podziałało.

Zaczynasz wierzyć w dewizę: Bój się i działaj. Postanawiasz zachowywać się, jakbyś nie była nieśmiała. Przekraczasz kolejne granice. Jedziesz sama na kilka miesięcy za granicę, do obcych ludzi, do pracy. Nie płaczesz, nie tęsknisz, pracujesz, mówisz i myślisz w innym języku. Jest lepiej niż się spodziewałaś.

Rozpoczynasz życie zawodowe. Udajesz bardziej pewną siebie niż w rzeczywistości jesteś. Śmiać Ci się chce, bo ludzie się na to nabierają. Bo Ty się na to nabierasz. Nareszcie ludzie dostrzegają Cię taką, jaką jesteś. Bez stężałej maski nieśmiałości, bez trzęsących się rąk i drżącego głosu. Przechodzisz na dietę, chudniesz. Jest efekt „wow”. Zdziwiona kolekcjonujesz wiele złamanych serc. Sama nareszcie żyjesz tak, jak chciałaś – pracujesz ciężko, bawisz się intensywnie. Zanurzasz się w strumień życia. Zapominasz, że jesteś nieśmiała. Krok po kroku zrzucasz pancerz, bawisz się życiem, cieszysz, boisz się i działasz. Z przekraczania kolejnych postawionych sobie nie wiedzieć czemu granic uczyniłaś sport.

W pracy nadarza się okazja do przemawiania na forum publicznych wśród osób od Ciebie starszych i bardziej doświadczonych – co mi szkodzi? Służbowy wyjazd zagraniczny – dlaczego nie? Krok po kroku konstruujesz swój obraz siebie, w którym nie ma już miejsca na starą uciążliwą nieśmiałość. Znajome uczucie staje się coraz bardziej obce. Z czasem zastanawiasz się, po co tak długo się w nie ubierałaś, skoro kompletnie nie było Ci w nim do twarzy.

Dzięki radości życia, którą odzyskujesz, rozkwitasz jak pustynna róża – podlewana entuzjazmem, optymizmem i energią, które zawsze w Tobie były i o których sobie – na szczęście! – w porę przypomniałaś. Traktujesz życie niczym plac zabaw – możesz sobie czasem zrobić krzywdę, zbyt szybkie obierając tempo, możesz sobie stłuc nos i duszę, nieco przydeptać skrzydła przy zbyt ryzykownym locie, lecz przede wszystkim czerpiesz z niego radość. I frajdę. Jesteś wdzięczna za to, że żyjesz, chciałabyś o tym krzyczeć na ulicy. Zamiast tego pomagasz innym, namawiasz, by poszli Twoją drogą. Nie zawsze słuchają. Po pewnym czasie rozumiesz, że być może nie nadszedł ich czas.

Bo czasem trzeba sto razy upaść, by wznieść się do lotu. Bo odnaleźć siebie jest dużo trudniej, niż siebie zatracić. Bo poznanie siebie bywa trudniejsze niż poznanie i zaakceptowanie drugiego człowieka. Bo trzeba mieć ogromne szczęście, by zrozumieć, co nam szczęście daje i tym właśnie żyć, właśnie tym się otaczać.

Codzienna praca nad sobą, wyrzucanie kamieni, które niepostrzeżenie, gdzieś po drodze, bezrefleksyjnie zbieramy, to wcale niełatwa praca. I nie ma końca. Jesteśmy wciąż w podróży, od dni pierwszych aż do ostatnich. Lecz pozbywanie się tego balastu to praca konieczna, byśmy mogli latać. Czego Wam i sobie życzę.

 

14 thoughts on “Nieśmiałość – kula u nogi

    1. Maćku, zachęcam szczerze do podejmowania prób wyjścia na jaśniejszą stronę mocy :). I dziękuję za wnikliwe przeczytanie.

  1. U mnie jest już lepiej, ale nieśmiałość chyba nigdy ze mnie nie wyparuje. Faktycznie zamknęło mi to wiele drzwi i straciłam przez to dużo czasu. I chociaż jestem o wiele bardziej odważna niż kiedyś, to na publiczne wystąpienie nie zgodziłabym się nawet pod groźbą. Co to to nie!

    1. Ha, publiczne wystąpienia nie są dla wszystkich – nawet najbardziej wprawieni mówcy często przyznają, że mają przed nimi ogromną tremę. Lecz bardzo wiele codziennych straszków można pokonać, by nie paraliżowały nam życia, nie wiązały rąk, nie kneblowały ust. I szanować tę odrobinę nieśmiałości, która nie wyparowuje, bo to również ona czyni nas wyjątkowymi.

  2. Wow, stworzyłaś świetny i uderzający tekst. Tak, czuję się uderzona i to strumieniem lodowatej wody. Nie tylko ja tak mam! Fajnie. Działam, próbuję się ogarnąć, ale pomalutku. Czytając to uświadomiłam sobie też, że sama nie odważyłabym się napisać tego tak szczerze i otwarcie. Etap wyparcia(ja taka nie jestem, wy mnie nie znacie, nie mam problemu, zostawcie mnie), a gdybym się już zabrała to napisałabym to samą ironią i sarkazmem, co mogłoby wyjść ciekawie sumie, jakby to dobrze zrobić xD. Zapraszam do mnie.

    1. Dziękuję! Szczerze i otwarcie piszę może dlatego, że dawna ja już jest obcą mi osobą, nie czuję się z nią emocjonalnie związana :). A może też dlatego, że nie mam już cierpliwości do owijania w bawełnę. Po prostu. Pozdrawiam serdecznie Roksi i czekam na ten ociekający ironią tekst 🙂 !

    1. Bardzo bym chciała, by komuś pomogło – by nie tracił cennych lat na życie za szybą. Dziękuję za gratulacje :).

  3. Przede wszystkim przejmujący obraz, o którym można dyskutować na wielu płaszczyznach. Ty nawiązujesz do nieśmiałości, do tego co nas krepuję i moim zdaniem nie pozwala wyrażać swoich potrzeb. A z drugiej strony może tak jest dobrze? Może lepiej mieć swój mały intymny świat? Jak to pisał ks. Twardowski, jakby każdy miał po równo nikt nikomu nie byłby potrzebny. Mnie nieśmiałość wycisza, bo zbytnia przebojowość tez męczy.

    1. Cieszę się Kasiu, że to zauważyłaś. Każdy potrzebuje pewnego stanu skupienia, w którym przebojowość, otwartość przeszkadza i któremu nie sprzyja. W tekście opisałam nieśmiałość, która paraliżuje i nie pozwala uczestniczyć w życiu społeczności. Taka jest zaiste kulą u nogi. Lecz pewne wyciszenie, potrzeba wycofania, charakterystyczne dla introwertyków, są jak najbardziej pozytywną cechą i bardzo przeze mnie cenioną. Sęk w tym, czy jest to cecha czyjejś osobowości, czy też nabyty mechanizm obronny, jak było w moim przypadku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *