Podróżować jest bosko

Autorka obrazu: Natalia Koperkiewicz

Podróże kształcą, to wiemy. Dają możliwość spojrzenia nieco dalej za horyzont – swoich przekonań, przeświadczeń, wiedzy o świecie, jakim go znamy na co dzień. Ale również są wspaniałą okazją do praktykowania uważności, o której pisze Emilia Kędziorek w tym artykule. Są chwilą zawieszenia, kiedy nie obowiązują reguły codzienności. Są treningiem dla ciała i duszy, przygodą, której brakuje, gdy żyjemy w przewidywalnym świecie. Są luksusem, którego nie jestem w stanie sobie odmówić raz na jakiś czas.

Frajda zaczyna się już na lotnisku. Wyłączam w tym momencie telefon, by oddalić się od bieżących spraw. Wcześniej oczywiście powiadamiam najbliższych, że przez tydzień nie będę się z nikim kontaktować, poza zwyczajową informacją, że żyję i mam się bezpiecznie.

W hali odlotów patrzę uważniej. Koncentruję się na tym, co się dzieje dookoła. Obserwuję pasażerów, odgaduję, dokąd im spieszno. Słucham, by nie umknął mi ważny komunikat. Piję herbatę, spokojnie czekając na odprawę. Sprawdzam, czy sznurówki mam zawiązane. Rozmawiam z towarzyszem podróży. Żyję chwilą.

Z daleka od zgiełku, szumu, od potrzeb dzieci, kolegów z pracy, od własnych trosk, daję się zamknąć w białej puszce, by nad ziemią, gdzieś pomiędzy państwami, w krainie, w której nie ma spraw i nie ma problemów, odpłynąć w myślach. Mogę bez wyrzutów sumienia robić to, na co zwykle nie ma czasu – czytać, medytować, pisać, drzemać, plotkować o wszystkim i o niczym z mężem, zastanawiać się nad doborem apaszki do butów, robić miny do lusterka. Na to nie ma czasu w poukładanym świecie dwojga dorosłych z przychówkiem, kredytem, pracą i odpowiedzialnością, która na co dzień potrafi przytłaczać.

I to preludium jest już momentem wartym wyczekiwania, i o tym początku już myślę z przyjemnością, planując kolejne podróże. A to przecież zaledwie wrota do chwil, do których wracam w momentach zmęczenia. Potem jest tylko lepiej, bardziej ciekawie i beztrosko.

Tym razem odwiedziliśmy Porto – miasto tak piękne, że aż oczy bolały i żałowałam, że mogę patrzeć naraz tylko w jednym kierunku. Bruk, kamienice, piętrami pnące się budynki, pachnąca wiosną, umyta deszczem starówka, sztuka, która współistnieje z prozą życia, proza, która zakwita poezją, graffiti i śmiech, ogień gościnnych restauracji i tawern, zapraszających na kieliszek porto, groźne fale atlantyckiej plaży, mosty nad rzeką Douro. Miasto kontrastów, bezbrzeżnego smutku fado, bezczelnej radości rozedrganych ulic, hałasu remontów, spokoju wyludnionej o tej porze roku plaży. Jedzenia pysznego aż się chce oblizać palce, soków z pomarańczy i szlachetnego trunku, z którego słynie na całym świecie. Nie wiem, czy tak zwane city breaks plasują Porto wysoko w rankingach miast, w których trzeba się pojawić. Dla mnie to miejsce magiczne – tym bardziej gdy można je zwiedzić z ukochanym, a zdrowie pozwala na wielokilometrowe spacery w górę i w dół stromych ulic, wzdłuż brzegu oceanu, do ujścia rzeki i dalej.

Kolejna rzecz, która powoduje szybsze bicie serca na myśl o następnej wyprawie, to wspaniały i najprzyjemniejszy trening szarych komórek, które wychodzą poza swoje utarte ścieżki.  Zmuszam je wszak do koniecznego wysiłku zmiany poczynań z tych wykonywanych na autopilocie na zupełnie nowe sposoby radzenia sobie ze zmienną sytuacją. Dlatego właśnie zwykle podróżuję do miejsc wcześniej mi nieznanych. Odkrywanie nowych miejsc to jak odkrywanie nowych lądów. To doznawanie rzeczywistości w nieco innych odcieniach. Najpierw ją oswajamy, ślęcząc nad mapą, z daleka informując tubylców tym gestem, że jesteśmy nieco zagubionymi wczasowiczami. Potem mapy używamy coraz rzadziej, by, nie bez satysfakcji, w ciągu ostatnich dni pobytu ją porzucić. Najpierw błądzimy, kluczymy, eksperymentujemy, często nadkładamy drogi. Nierzadko kręcimy się po okolicy, nie odnajdując miejsca, do którego mieliśmy nadzieję dotrzeć, za to natykając się na perełkę, której nie było na naszej trasie.

Tym razem mieliśmy zadanie jeszcze bardziej urozmaicone, bo dwa pierwsze dni naszej wycieczki wypadały w największe majowe ulewy, jakie rozpanoszyły się nad niebem Porto. Zmokliśmy do suchej nitki, lecz trafiliśmy dzięki temu na dwa klimatyczne miejsca, gdzie ogrzano nas kieliszkiem wina i ogniem kominka. Jest to chyba jedna z lepszych opcji  na randkę starego dobrego małżeństwa, którym powoli, lecz konsekwentnie się stajemy – ucieczka przed wiosennym deszczem wprost we wnętrza przytulnych kawiarni.

Szare komórki wyzwolone z jarzma codzienności poczynały sobie całkiem dobrze, wrócił błysk w oku, refleks, uważność sprzyjała setkom nowych spostrzeżeń i zaczęłam jeszcze łaskawiej patrzeć na moje życie. Dzięki chwilowej przerwie stęskniłam się i za moim mieszkaniem, od którego nie odpada tynk, i za moim statusem społecznym, dzięki któremu nie muszę się martwić o dach nad głową, jak dziesiątki bezdomnych, których mijałam w drodze z hostelu nad rzekę. Stęskniłam się za moimi dwoma potwornie kochanymi dziećmi, za moim pisaniem, za stabilnością, za zapachem domu. Szczęśliwie powróciłam do Polski, która przywitała mnie prawdziwą wiosną. Udało się nam uszczknąć jej nieco wcześniej na południu Europy, po to by naładować baterie na następne miesiące, gdy będziemy już tylko poukładani, rozsądni i przezorni. Dopóki nie zadzwoni dzwonek na kolejną przerwę.

Czego i Wam życzę. Nie wymyśliłam jeszcze lepszego sposobu na zmęczenie – wyjedźcie, zmieńcie otoczenie, stańcie się częścią anonimowego tłumu turystów. Gdy jedynym zmartwieniem staje się to, w której z wyśmienitych (i niedrogich!) knajp zjecie następny posiłek, dusza śpiewa i doznaje głębokiego, radosnego relaksu.

2 thoughts on “Podróżować jest bosko

  1. Pięknie 🙂
    Całe szczęście, nie wszyscy muszą podróżować, żeby odnaleźć… szczęście 😉 a może siebie?
    Niektórzy usiądą na kamieniu na wsi, za miastem, wsłuchają się w siebie czy w śpiew ptaków i mają to za czym inni gonią przez cały świat, całe życie… zgarniajac po drodze różnej maści chorobska, z którymi statystyczny Polak sobie nie poradzi 😉 amen

    1. Niesamowity zbieg okoliczności – właśnie zasiadłam do komputera, by opisać takiego człowieka :). Oczywiście, że podróż to tylko jedna z dróg do odnalezienia siebie, wsłuchać się w to, o czym szumią wierzby i szepczą kamienie przydrożne jest inną, może lepszą, nie wiem. Warto podróżować, gdy ciekawość świata przeważa nad lękiem przed nim, lecz zawsze warto pamiętać, że to, co najistotniejsze, jest najbliżej, jest w nas. Dziękuję za ten mądry komentarz Aniu :*.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *