Motyle – odcinek drugi

Odcinek pierwszy przeczytasz tutaj.

Tosia leżała na skrzypiącym tapczanie w pokoju Eve. Przyjaciółka mieszkała wraz z matką i ojczymem w typowym M3 z wielkiej płyty, które lepsze czasy dawno miało za sobą. Boazeria przykrywała kreatywną pracę hydraulika, abażury były pokryte dość solidną warstwą kurzu, a rozpadające się szafki kuchenne błagały o remont. Wpatrywała się właśnie w mapę rys na suficie, skupiła na nich całą uwagę. Z kuchni przyszła Eve, trzymając talerz z kanapkami i puszkę piwa Perła, które miały wspólnie wypić. Inicjacja alkoholowa. Eve obiecała Tosi, że nie będzie bolało.

Po pierwszym łyku dziewczyna się skrzywiła, nie miała w ustach nic bardziej obrzydliwego. Poprosiła o mieszankę piwa z sokiem pomarańczowym. Przyjaciółka roześmiała się z dezaprobatą, popukała w czoło, lecz spełniła je życzenie. Siedziały obok siebie, ramię w ramię, rozmawiały o głupotach – o tym, jak na Tosię spojrzał Ostry z drugiej „b”, że matematyczka się uwzięła na Eve za zbyt wyzywający makijaż, a historyca znowu chyba jest w ciąży.

Czasami wolałabym żyć krótko, wiesz, jak motyl, i szybko umrzeć. Zrobić coś spektakularnego, nie wiem, napisać powieść, w której dało się wyczuć, że wkrótce zachoruję i mnie nie będzie. Albo jakiś wiersz mega, wiesz, coś jak Sylvia Plath, kojarzysz? Ta, co się zabiła wkładając głowę do piekarnika – zwierzyła się Tosia. Eve nie kojarzyła.

– Weź laska wyluzuj, napij się jeszcze, przejdą ci te czary-mary – roześmiała się i zebrała włosy przyjaciółki w koka na czubku głowy. Postanowiła przećwiczyć na niej makijaż Amy Winehouse. Jak już narysowała słynną kreskę na powiekach, podała jej lusterko. Tosia pokiwała głową z aprobatą.

– To by było genialne, być taką Amy Winehouse literatury. Jak ćma lgnąć do ognia i zginąć, aaa! – aż podskoczyła na samą myśl.

– W kit oryginalne porównanie – z przekąsem zauważyła Eve.

– Serio? – Tosia jak zwykle nie załapała ironii.

Potem puszczały sobie na You Tube ulubione kawałki każdej z nich. Okazało się, że gust muzyczny mają podobny. Leciał Johny Cash i Maleńczuk, przeszły przez Jeffa Buckleya, by dobrnąć do oryginalnej wersji „Hallelujah” Cohena.

Tosi było raźniej z przyjaciółką. Paradoksalnie, ojciec przyczynił się swoim odejściem do wzrostu jej popularności w klasie. Nie była już taka nieskazitelna, córka pana profesora, co zawsze przygotowana, schludna, śliczna, grzeczna i uczynna. Widać było jej bardziej ludzką twarz, gdy pozwalała niesfornym lokom ją okalać, gdy przestała nosić biały kołnierzyk pod blezerek Benettona. Dziewczyny jej szczerze współczuły, gdy wieść o rychłym rozwodzie Państwa Profesorstwa rozniosła się po miasteczku. Zakładały się po cichu, czy i kiedy Tosia będzie miała rodzeństwo, ale na co dzień wspierały ją bardziej niż kiedykolwiek. Dawały ściągać na klasówkach i odpisywać zadania, gdy widziały, że Tośka wpada do szkoły z mętnym wzrokiem. Ocho, znów całą noc nie spała nasza artystka, mówiły. Jakoś to się kręciło.

Po połowie piwa Tosi zrobiło się niedobrze, poszła zwymiotować. Pusty żołądek odmawiał posłuszeństwa. Nie chciała kanapek, które zrobiła Eve, tłumaczyła się, że ma alergię na masło, a glutenu w ogóle nie powinna tykać. Gdy wróciła, położyła się znów na tapczan i ponownie podziwiała sufit. Dotknęła wystających kości miednicy, nie bez dumy konstatując, że czuć je przez skórę coraz wyraźniej.

 

Leżała długo, w końcu zasnęła. Eve w tym czasie bazgrała ołówkiem w zeszycie, jak zwykle przenosząc na papier swoje mroczne wizje – czaszki oplecione bluszczem, czarne róże, esy floresy z imieniem swojej aktualnej wielkiej platonicznej miłości, grób, a na nim R.I.P. i swoje nazwisko. Tylko na niby, bo tak naprawdę kochała życie. Lubiła swój wizerunek, dzięki niemu była kimś wyjątkowym i niepowtarzalnym. Lubiła też Tosię, chciała zatem, by i ona poczuła się wyjątkowa. Śmieszyły ją co prawda zapędy pisarskie dziewczyny, jej naiwność i dramacik rodzinny, który był według niej maleńką burzą w raju.

Ona od dawna nie wiedziała, co to poczucie bezpieczeństwa. Mieszkanie, które wynajmowała z matką, było ósmym w ciągu jej krótkiego życia. Kolejni partnerzy („konkubenci”, jak ich w myślach nazywała) dość szybko się rozstawali z jej rodzicielką, uciekali, gdy tylko się okazywała osobą , która kochała za mocno. Sceny zazdrości, jakie im urządzała, rzeczywiście mogły przyprawić o ból głowy i przestrach co bardziej wrażliwych kochanków.

Matka Eve była akurat na etapie agonii kolejnego związku. Eve przezornie tym razem zaopatrzyła się w stopery, by w ogóle móc się uczyć podczas cyklicznych kłótni matki z ojczymem i słyszeć własne myśli. Dziś, gdy odwiedziła ją Tosia, matka pojechała do kolejnego mężczyzny swojego życia, błagać go, by wrócił.

Tymczasem zrobiło się ciemno, Tosia ocknęła się i zerknęła na wyświetlacz komórki. Było kilka minut po dwudziestej drugiej. Eve chrapała na kanapie, trudno było ją dobudzić. Tosia szarpała przyjaciółkę, niestety bezskutecznie. Ta zawsze miała mocny sen, więc opędzała się od niej jak od uprzykrzającej się muchy. Tosia była przerażona. Nigdy jeszcze nie była o tej porze poza domem. Kolana jej się ugięły i trzęsła się cała na myśl, że sama ma wracać do domu. Okolica, w której mieszkała Eve słynęła z nieoświetlonych dziurawych ulic, a w parku przylegającym do osiedla nieraz plątali się lokalni bohaterowie spod znaku noża i wódki.

Dlatego została u Eve. Starała się zasnąć. Niestety, całą noc wierciła się i co chwilę sprawdzała na komórce, czy mama nie dzwoni. Stęskniła się za nią, choć tak bardzo jej nienawidziła.

Mama nie zadzwoniła ani razu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *