Motyle – odcinek pierwszy

Śpiewające hałaśliwie ptaki obudziły ją.  Głosiły Dobrą Nowinę, że nastała wiosna. Co za różnica, pomyślała. Nie otwierała oczu, bo pod powiekami tańczyły jej wielobarwne motyle. Nie chciała się budzić. Co za różnica, budzę się czy śpię, skoro jawa jest tysiąc razy gorsza, a sen tysiąc razy piękniejszy.

Liczyła motyle, patrzyła na ich różnobarwne skrzydła. Fajnie im, żyją tak krótko,  nie wiedzą, co to ból i rozpacz.

Kilka dni temu od matki odszedł ojciec. W zasadzie sama go wyrzuciła. Jej tatuś ukochany, jej wzór.  Najważniejszy. Uśmiechała się do siebie na wspomnienie,  że jeszcze trzy lata temu,  jako dwunastolatka, zastanawiała się, co go różni od Boga – on mądry przecież i dobry jak sam Stwórca. Wczoraj rano martwiła się o niego, skubała zrywane z rabatki stokrotki, wróżyła: poradzi sobie, nie poradzi, poradzi sobie, nie poradzi… pewnie, że nie poradzi, przecież on  potrafił przypalić potrawkę z kurczaka, jeśli akurat się zaczytał w artykule naukowym. Taki był, trochę nieprzytomny, trochę nieobecny, ale zawsze tak bardzo kochany.

Ona nie potrafiła tego docenić, pomyślała ze złością o matce. Jej zawsze było mało – pieniędzy, prestiżu, jego uwagi. Pamięta, jak matka patrzyła krzywym okiem na swoją córkę i swojego męża, gdy się zaśmiewali z tych samych dowcipów. Nie bądźcie tacy hermetyczni, mówiła i wychodziła do swojego pokoju.

Zresztą, ciągle w nim była, pod byle pretekstem zamykała drzwi . Migrena, meteopatia,  osteoporoza. Chujoza, dodawała w myślach Tosia. Skleroza i syfoza. Nie lubiła matki i jej cierpienia, mierziło ją ono, nie rozumiała go. Żyła w wiecznym poczuciu winy, bo też wiecznie była nie taka jak trzeba. Stań prosto, nie stawiaj nóg do środka. Uśmiechaj się, nie uśmiechaj, ta fryzura jest absurdalna. Uda za grube, stanik za szary, oczy za bardzo pomalowane. A przecież miała już czternaście lat, a nawet i pół, mogła co nieco decydować o sobie.

Do tego ojciec. Jej bohater, matki popychadło. Ile się nasłuchała awantur zza ściany. Matka wypominała mu długie godziny spędzane na uczelni. Jak tyle już eksperymentów przeprowadziliście, wypadałoby mieć z tego jakieś pieniądze. Spójrz na Zbyszka, habilitacja swoją drogą, a biznes swoją. A ty niby taki mądry, taki rozgarnięty, a jakby ci wycięli część mózgu odpowiedzialną za zarabianie.

Jak ona mogła tak do ojca, myślała Tosia. Czy nie widziała tych wszystkich fantastycznych rzeczy, jakie dla niej robił? Tak bardzo się starał ją rozchmurzyć, rozśmieszyć, rozpieścić, udobruchać po kolejnym ataku dzikiej złości. Kwiaty dostawała bez okazji, zakupy przynosił codziennie, nigdy nie zranił jej słowem. Przytulał i powtarzał, że ma najlepszą żonę na świecie. A gdy się zasiedział na uczelni do późna, za każdym razem przynosił jej ulubione czekoladki, baryłki z alkoholem.  Matka zdawała się nie widzieć jego zalet wtedy, gdy nagle ogarniała ją furia. Nie przejmowała się, że go rani, gdy szydziła ze wszystkiego – tego, że utykał na jedną nogę, że się jąkał, że był kiepskim kierowcą. Nie to co Zbyszek.

A on za każdym razem przepraszał.

Z czasem zaczęła się nim interesować asystentka, o dziesięć lat młodsza Dagmara. On się zachwycał jej kompetencjami, jej elokwencją i pracowitością. Zawsze był prostolinijny. Tak i tym razem przy obiedzie potrafił dziesięć razy wymienić jej imię, Dagmara to, Dagmara tamto, kto, co, kogo, czego, komu czemu – Dagmara alfą była i omegą w niejednej rozmowie.

Matka na początku udawała, że nie jest zazdrosna. Jest ponad to, puszcza mimo uszu. Ale z czasem nie wytrzymała. Zaczęła go najpierw przedrzeźniać, ale gdy on, nieświadomy, mówił, o, racja, widzę, że też doceniasz tę zdolną bestię, nie wytrzymała. Całe jedzenie przygotowane przez nią jak zawsze starannie wylądowało na podłodze. Trzasnęła drzwiami od pokoju, pękła szyba. Zamknęła się na dwie godziny.

On jak zwykle próbował ją wytłumaczyć przed Tosią. Ciężki okres dla mamy, bla bla bla, nie słuchała. Ciężki okres, ciężkie, kurwa, życie. Przeklęła w duchu, na głos nigdy jeszcze jej się nie zdarzyło.

Wyszli na spacer. Gdy wrócili, zastali spakowane walizki. Stały na klatce schodowej, jak dwa zbite psy, obie bure i ponure. Na wierzchu leżała pomięta kartka, jakby wyciągnięta z kosza. A na niej napis: idź do tej na D.

 

Uściskał Tosię, obiecał, że wróci, jak się unormuje. Nic się nie unormuje, bo nigdy nie było normalnie, pomyślała dziewczyna.

I tak od kilku dni go nie ma. Matki nie ma. Jedynym śladem jej obecności jest smród tytoniu, jaki dochodzi zza zamkniętych drzwi i co jakiś czas mały ubytek jedzenia w lodówce.

Tosia je równie mało, bo chce schudnąć do 45 kilo. Waży się histerycznie, codziennie, na golasa, na czczo. Prawie się udało, jeszcze głupie pół kilo nie chce się dać zrzucić.

Też się zamyka w pokoju, słucha oldskulu,  Starego Dobrego Małżeństwa. Czy takie istnieją? Wątpi. „Jest już za późno, nie jest za późno”, nuci. Nie uczy się. I tak nikogo nie obchodzi, może równie dobrze nie zdać do trzeciej klasy.

Spotyka się z Eve. Imponuje jej starsza koleżanka – jest taka zbuntowana, taka elegancka w tym buncie. Czarne paznokcie, czarna szminka na ustach, czarne myśli i czarna dusza. Lubi to bardzo, a najbardziej ją kręci kolczyk na języku Eve. Gdy wypowiada bezkompromisowe treści, świeci jak czarna perła, błąka się w jej ustach, zachęca: też tak możesz.

Chciała, ale nie mogła. Chodzi za Eve jak szczeniaczek trzymający się swojej pani. A ta wkłada jej do głowy, zachęca do ucieczki, do spróbowania życia bez starych, na własny rachunek. Jest jej mentorką, a ona najwierniejszą wychowanką. Tuż przed skokiem w dorosłość, w życie bez ściemy.

„Ale tatuś”, biadoli, zwierza się Eve. „Co tatuś?” Szydzi tamta, przedrzeźniając ją bezlitośnie.

Po szkole poszły za tory, na drugą część miasta, zwaną oryginalnie Zatorze. „Chodź”, mówi Eve, „zobaczysz niespodziankę.”

 

 

Przyczaiły się przy jednym z małych domów. Było kilka minut po szesnastej, gdy zatrzymał się tuż obok nich samochód. Poznała go już po dźwięku silnika, jej ukochany srebrny ford mondeo, którego strata była prawie tak bolesna jak strata ojca. Wyszedł z niego tata, tuż za nim pulchna blondynka. Dagmara.

Tosia umarła po raz drugi.

13 thoughts on “Motyle – odcinek pierwszy

    1. Dziękuję :). To kawałek czegoś większego, co właśnie wychodzi spod moich palców. Cieszę się, że Ci się podoba Kasiu, zapraszam po więcej. Co tydzień będzie na Ciebie czekać kolejna część „Motyli” :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *