Po co mi to, czyli o radości tworzenia

Autorka obrazu: Marysia Noga

Lubię spełniać swoje marzenia – te duże i maleńkie. Sama się troszczę o ich ziszczanie, by się upewnić, że na pewno są moje. Gdy samodzielnie podejmuję wysiłek, wiem, że są dla mnie ważne. Takie marzenia, wyrwane rzeczywistości, wyczekane, wypracowane, smakują najlepiej. Każde z największych takim właśnie było.

Nie znoszę nudy, z wzajemnością. Wobec czego, gdy odhaczyłam kolejne marzenie, gdy udało mi się urodzić dziecko z błękitnymi oczami, o spojrzeniu stanowczym i hardym, jakie w mojej rodzinie dość często występuje u płci pięknej, zabrałam się za następne na krótkiej liście tych najbardziej istotnych.

Pomyślałam wtedy, pamiętam, że więcej czasu w życiu nie będę już miała, zatem szkoda go na wymyślanie kolejnych wymówek. W tamtym okresie nie było mi łatwo, upał dawał się we znaki, karmiłam córkę w wynajętym mieszkaniu, tuż przed przeprowadzką do docelowego, oczywiście wymarzonego, lokum. Spocona matka karmiąca nie ustawała w wysiłku, bo przecież czytać mus jest codziennie (z czego spowiadam się tutaj) i wciągała kolejne stronice „Biegnącej z wilkami”. A tam Clarissa Pinkola Estés co chwilę dźgała mnie pogrzebaczem, niczym wytrawna czarownica, wierciła dziurę w brzuchu, zachęcała, ty pisz, dziewczyno, bierz się do roboty.

Potrzebowałam kolejnego półrocza, by zebrać się w sobie, następnego, by wypracować jako taką rutynę, lecz po drodze udało mi się wiele nauczyć, obrać kurs na powieść i z niego nie zboczyć – przynajmniej nie za daleko.

Tak oto z gotowym szkieletem historii, która domaga się, by ją opowiedzieć, stawiłam się w ubiegłą niedzielę na warsztaty kreatywnego pisania dla zaawansowanych u ciepłej, cierpliwej i rzeczowej Aliny Krzywiec w Maszynie do Pisania.

Weszłam na zajęcia niepewna, tym bardziej że zgodnie z obawami zgubiłam się, zaginęłam w akcji, sądząc, że Strych na Wróble mieści się na strychu, gdy tymczasem była to piwnica. Lokal się rozbudował i zajął kolejną przestrzeń klimatycznej kamienicy, co nie tylko dla mnie było niespodzianką. Nic to, piwnica tak samo fajna jak strych, praca twórcza może mieć miejsce wszędzie, najważniejsi są ludzie.

A kolegów warsztatowych mam świetnych – skromnych, otwartych, życzliwych. Jako urodzona ekstrawertyczka i osoba o dość dużej średniej słów wypowiadanych na dzień, cenię sobie bardzo kontakt z drugim człowiekiem. Jeśli zaś podziela on moje pasje, umówmy się, dość niszowe, czego chcieć więcej.

Już po godzinie latałam na smoku wawelskim, karząc mieczem występnych wujów, zastanawiałam się, dlaczego zabił ten, który zabił, przeżywałam zawody miłosne, śmiałam się z przygód pechowca, który okazuje się być szczęściarzem. Rozmawialiśmy o naszych światach tak, jakby istniały, zastanawialiśmy się nad ich uwiarygodnieniem, czerpaliśmy przyjemność i satysfakcję, gdy udało nam się pomóc wzajemnie w budowaniu, cegła po cegle, rzeczywistości stworzonej w naszych umysłach, zamkniętej na kartkach papieru.

I to mnie najbardziej w pracy pisarza fascynuje. Budowa światów, których niby nie ma, które nie istnieją, lecz ożywają na kartach powieści, po to by za chwilę dostarczyć pożywki czytelnikom głodnym wciąż nowych historii. Mając do dyspozycji tak mało – wystarczy długopis i kartka lub najtańszy komputer z edytorem tekstu – można dać ludziom tak wiele: emocji, wzruszeń, frajdy, przyjemności, chwil refleksji.

Właśnie to jest motorem napędzającym nas, freaków, maniaków, którzy kochają opowiadać. Właśnie to, snucie opowieści, przekazywanie historii, ożywianie bohaterów, wprawianie w ruch czegoś, co do tej pory nie istniało, czego nie było – jest narkotykiem i powodem, by zarywać noce w niewygodnej pozycji, by męczyć wzrok i tak nadwerężony nieustającym czytaniem.

Gdy tak siedzieliśmy wokół stołu i przerzucaliśmy się imionami naszych postaci, nie istniał czas ani miejsce, czułam słynny flow, przepływ, o którym pisał naukowiec noszący frapujące nazwisko Mihály Csíkszentmihályi – Nie byłam matką ani żoną, ani pracownicą, ani nawet hobbystką – byłam twórczynią.

Zastanówcie się, kiedy ostatnio tak się czuliście – jeśli jesteście w stanie je sobie przypomnieć, fantastycznie. Jeśli było to dawniej niż jesteście w stanie sięgnąć pamięcią, zadbajcie o takie chwile. Nadają one barw życiu i sprawiają, że łatwiej przetrwać trudniejsze i bardziej przyziemne jego aspekty. Można się schronić w swoim małym świecie ulubionych dzieł sztuki, spacerów wzdłuż brzegu Wisły, rozmów z przyjaciółmi, obserwowania przejeżdżających pociągów, robienia zdjęć pulsującym miastom. W tych światach wszystko zależy od nas, zanurzcie się w nich i traktujcie jak przystań, do której wraca się z niezmienną przyjemnością.

 

11 thoughts on “Po co mi to, czyli o radości tworzenia

  1. Jejku jej… Ojejku jejku jej… (jak mawiała pewna bohaterka pewnej popularnej powieści fantasy. Bardzo piękne świadectwo o marzeniach. 🙂 I baaaardzo Ci kibicuję! Tym bardziej, że na Strychu (w piwnicy) o mało co nie wynajęłam sali na jeden ze swoich kursów (grupa mi się wtedy nie zebrała), a Maszyna mnie prześladuje – co i raz wpadam na wzmianki o niej. Ale ja nie chcę pisać AŻ TAK. Chyba…

    1. Chyba to słowo-klucz, chyba oznacza, że coś cię jednak kusi i ciągnie w tę stronę :). Do Maszyny lgnęłam od dawna, ale przy pierwszej próbie wybycia z domu synek skutecznie zatrzymał mnie w czterech ścianach swoją chorobą. Udało się po kilku latach. Jako się rzekło, o rzeczy ważne walczę do końca :).
      Dziękuję Emilko za ogromne wsparcie, którym mnie obdarzasz :*.

    1. Dziękuję za radę :). Dla mnie jednak bardzo ważny jest kontakt z innym kursantem, z drugim człowiekiem. Bardzo dużo czasu spędzam przed komputerem, coraz więcej niestety. Dlatego gdy mogę wybierać – kurs stacjonarny czy online, zawsze wybieram stacjonarny.

  2. Cudownie piszesz, Małgosiu. Aż chce się czytać! Czysty talent.
    Ja sama uwielbiam pisać, zaczęłam tworzyć „powieść”, choć na razie brakuje mi pomysłu (a raczej mam dziesiątki pomysłów, ale żaden nie wydaje mi się dość dobry).

    Chętnie wzięłabym udział w warsztatach pisarskich online – czy macie jeszcze inne propozycje poza Krzysią Bezubik?

  3. Kiedyś próbowałem spisać wszystkie moje pomysły na książkę. Było ich całkiem sporo jak na gimnazjalistę, bo aż 40 stron. W liceum do tego wróciłem i usunąłem bardzo szybko. Były napisane tak tragicznie, że nie dało się tego czytać 😀 Podziwiam, że masz odwagę do opisywania swoich światów obcym ludziom.
    Pozdrawiam

    1. Chyba na tym polega praca pisarza :), każdy odkrywa cząstkę siebie. Tak, trzeba mieć odwagę, jak zawsze, by być w pełni sobą. Ale warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *